niedziela, 30 października 2011

naleśniki piwne

Zatrzymajmy się na chwilę, żeby zatęsknić za słońcem z początku września:


200 ml ciemnego piwa
2 łyżki cukru, do wersji słodkiej; łyżeczka do słonych
5 łyżek oleju
szklanka mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta imbiru w proszku (opcjonalnie)
szczypta soli

W misce mieszamy mąkę, proszek, cukier i imbir, dodajemy olej i mieszamy widelcem, aż utworzy się kruszonka. Powoli dolewamy piwo, po ściance, żeby powstało jak najmniej piany, i mieszamy aż powstanie gładka, mocno napowietrzona masa. Odstawiamy na 5 minut, żeby troszkę się wygazowało i  smażymy grubiutkie naleśniki na dużej patelni; przy cieńszej warstwie ciasto może się nie dać przewrócić z powodu bąbelków w środku.

Lekko gorzkawe, karmelowe z orientalnym posmakiem, nadają się bardzo dobrze na słodko i na słono; na zdjęciu z farszem z gotowanych brokułów, tofu i czarnego pieprzu. Resztę piwa polecam wypić do posiłku:)

poniedziałek, 24 października 2011

zielone, kokosowe biscotti

Ogólnie rzecz biorąc nie lubię rzeczy wymagających przygotowywania ich dłużej niż mnie to bawi, czyli jakieś pół godziny; z tego powodu nie zrobiłam biscotti ani razu od mojej pierwszej próby, kiedy to dla odmiany upiekłam 4 rodzaje i stałam w kuchni pół dnia... Ale obejrzałam sobie Melancholię, bardzo mi się spodobała i odczułam taki przypływ chęci do życia, że nawet biscotti mi nie straszne. To zrobiłam.

Podstawowy przepis to Biscotti z zieloną herbatą z Vegan Cookies Invade your Cookie Jar, ale z braku orzechów włoskich postanowiłam do nich napchać wszystkiego, co się nawinie: siekanych żurawin, wiórków kokosowych, a nawet pestek dyni. Całość wyszła przepyszna, a wiórki były z tego wszystkiego najlepszym pomysłem, bo świetnie komponują się z zieloną herbatą.



1/4 szkl mleka sojowego
4 łyżeczki sproszkowanej zielonej herbaty matcha - nie, nie można użyć zwykłej
2 łyżki zmielonego siemienia lnianego
1/3 szklanki oleju
pół szklanki cukru, użyłam brązowego
półtorej szklanki mąki
2 łyżki mąki ziemniaczanej
łyżeczka proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli (w sensie szczypta)
garść posiekanej, suszonej żurawiny
pół szklanki wiórków kokosowych
1/3 szklanki pestek dyni (a właściwie dodawajcie ile macie ochotę)

W misce dobrze wymieszać mleko ze sproszkowaną herbatą. Powoli dosypywać siemię lniane, ubijając masę trzepaczką. Dodać olej i cukier i wszystko dobrze wymieszać. Dosypać wszystkie pozostałe składniki, cały czas mieszając i wgnieść ręcznie dodatki. To było łatwe.

Rozgrzać piekarnik do 180 stopni i wyłożyć ciasto na blachę z papierem śniadaniowym - za nic nie chcecie, żeby ono się wam przykleiło do blachy. Formujemy taki duży, płaski wałek, szerokości ok 10 cm i grubości ze trzech; może być zupełnie prostokątną cegłą, ale ładniej wygląda, jak ma zaokrąglone brzegi. Pieczemy pół godziny, aż trochę urośnie i stwardnieje; może się trochę zezłocić i popękać. Wyjąć do ostygnięcia, to niestety nie koniec.

Kiedy paskud ostygnie, czyli po jakiejś godzinie, którą mądry człowiek wykorzysta w pożyteczny sposób, należy ciasto pokroić na mniej więcej półtoracentymetrowe pasy, położyć bokiem na blasze i piec dalej w 160 stopniach, przez następne 20-25 minut, aż się zezłocą i wyschną na amen. Do tego najlepiej by było, gdyby je przewrócić na drugą stronę w połowie pieczenia. Wyjąć, i jeść jak ostygną. Uff. 


Są przepyszne i znikają o wiele szybciej, niż się je robiło, co jeszcze bardziej wzmaga frustrację osoby, która spędziła 2 godziny łażąc dookoła kuchni.

wtorek, 18 października 2011

Caotina

Przygód z gorącą czekoladą ciąg dalszy.

Jestem niestrudzoną poszukiwaczką nowego, co nie znaczy, że lepszego - uparcie trzymam się starych marek, mam telefony i sprzęt jednej firmy, konto w jednym banku od 12 lat i tego samego operatora w tej samej taryfie, choć od tego czasu na pewno wyszło coś lepszego. Jestem idealną klientką programów lojalnościowych i nie lubię się przeprowadzać, nawet jeżeli podwyższają mi czynsz. Z jakiegoś powodu moje leniwe oddanie nie obejmuje jedzenia, piłam prawie wszystkie herbaty na rynku, z czego 95% tylko raz, nawet jeżeli bardzo mi smakowały; nowa herbata jest zawsze fajniejszą zdobyczą niż wypróbowana. Idealną gorącą czekoladę znalazłam ze cztery razy, co nie przeszkadza mi szukać dalej.

Ta też jest idealna. Słodka, szwajcarska (i po szwajcarsku słodka), pięć razy upewniałam się, czy na pewno nie ma mleka, z czego trzy razy już po wypiciu. Przysięgam, że smakuje jak rozpuszczona Milka (to chyba większości starczy za recenzję?)



Kupiłam ją w Poznaniu w takim śmiesznym sklepie na 27 Grudnia, sprzedają tam różne importowane dobra, mniej lub bardziej luksusowe, w zaskakująco przyzwoitych cenach. Za tę puszkę 200 g zapłaciłam 13 zł, są też wielkie, droższe puchy, w wariancie słodka i gorzka. Z jednej strony tanio to nie jest, z drugiej, jak na prawdziwą czekoladę, nie mleczne podroby z wielkich koncernów, całkiem dobrze. Wszystko zależy od tego, jakie się ma priorytety, u mnie taki produkt stoi bardzo wysoko:)

Rozpuszcza się w ciepłym lub zimnym mleku (jak jeszcze raz przeczytam "czemu piszesz rze blog wegański skoro używasz mleka!!!!" wyśledzę po IP i urwę łeb. Niemyślący won z internetu!), w ciepłym lepiej, w słodkim robi się tak słodkie, jak lubią tylko przedszkolaki - oraz ja. Wygląda jak granulowane kakao, ale już sam zapach gotowego napoju rozwiewa wszelkie wątpliwości. Napój nie jest gęsty, ale też nie cienki jak czekoladowe mleko, nie przypomina tego, co można dostać w kawiarniach, jest bardziej jak rozpuszczona, bardzo mleczna czekolada. Opakowanie jest bardzo ekonomiczne, po wypiciu 10 porcji nie zużyłam nawet 1/5. Już zapowiedziałam siostrze, że chcę tę dużą puszkę na Gwiazdkę, na co wytknęła mi, że ponoć nie obchodzę;)



niedziela, 16 października 2011

sos ananasowy

Na początek, taka mała prośba: kiedy zaczynałam tego bloga postanowiłam, że ograniczę w nim treści pozakulinarne do minimum - włącznie z tym, że na liście blogów nie będę umieszczać innych niż z przepisami, innych niż wegetariańskie, chyba że ktoś wyjątkowo zasłuży i że znajdą się na niej wszystkie polskie wegańskie blogi. Przez dłuższy czas to się udawało, potem straciłam nad tym wszystkim kontrolę i teraz tych wegańskich blogów jest trzy razy więcej, niż u mnie, co mnie bardzo cieszy, bo jak zaczynałam były dokładnie dwa, a to wcale nie tak dawno temu! W związku z powyższym mam taki apel:

Jeżeli prowadzisz wegańskiego bloga z przepisami, nie musi być wyłącznie nim poświęcony - ale też żeby nie pojawiały się raz na 50 postów - i chcesz, żebym umieściła tu do niego linka to podaj mi go w komentarzu. Nie trzeba kombinować, podlizywać się i nie zależy mi na wymianie, chciałam mieć w stu procentach aktualną listę i nadal chcę. O ile nie jesteś bardziej hipsterski ode mnie zapewne zależy Ci na czytelnikach, a to najszybsza metoda:)

Koniec anonsu.


Z rzeczy kulinarnych, oglądałam sobie kiedyś Kuchnię TV (fun fact: oglądam tylko programy kulinarne i detektywów sądowych. No, czasami najpiękniejsze hotele, jak mi zimno) i tam pewien przemądrzały pan robił wyrafinowany deser, do którego potrzebny mu był sos ananasowy domowej roboty. Skojarzywszy po obejrzeniu jego wysokie podobieństwo do sosu Tao Tao sprzedawanego po 7 zł za butelkę postanowiłam go zrobić, zwłaszcza, że przy użyciu ananasa z puszki przepis robi się dwuskładnikowy. Godzinę później miałam 0,8 litra sosu za 3,10 zł.



puszka ananasa w kawałkach
1 żywa papryczka chili ( w sensie nie suszona)

Wlewamy zawartość puszki do rondla i podgrzewamy na wolnym ogniu. Papryczkę ostrożnie rozkrawamy, wyjmujemy pestki, kroimy na cieniusie paseczki, te paseczki w kostkę i dodajemy do rondla. Deskę po krojeniu i nóż dokładnie myjemy, a potem jeszcze dokładniej szorujemy ręce wodą z mydłem; nie chcecie wiedzieć jakie to uczucie dotknąć oka palcem, który stykał się z sokiem chili, nawet godzinę temu. Jeżeli chcecie wiedzieć to mogę zrelacjonować:)

Całość ma się lekko zagotowac i rozgotować, przy pomocy rozgniatarki do ziemniaków, ale wszystko zależy od ananasa. W teorii ten owoc zawiera mnóstwo pektyny i po maksymalnie pół godzinie gotowania  sam się lekko zżelować, akurat na tyle, żeby powstał sos. W międzyczasie pomagamy mu rozgniatając kawałki ananasa widelcem, kopystką albo tym czymś do puree ziemniaczanego. Jeżeli zawodnik jest twardy - zmiksujcie go. Jeżeli sos uparcie nie chce powstać i przypomina czerwonawy kompot (albo wzorem producentów przemysłowych chcecie otrzymać dwa razy więcej produktu z tej samej ilości składników), w 1/3 szklanki zimnej wody rozpuśćcie płaską łyżeczkę mąki ziemniaczanej i dodajcie do gotującego syropu, mocno mieszając - tak samo, jak przy robieniu kisielu, bo w gruncie rzeczy to to samo. Kiedy zgęstnieje zdejmijcie z ognia, przełóżcie do butelek i wsio. Można niby dodać soli, ale po co?


Gdzie się tego używa, zapytacie. Tam, gdzie sos chili: do tortilli, do kanapek, sałatek, frytek i wszystkiego. Ja wrzucam puszkę fasoli na patelnię, dodaję cebulkę i ten sos i mam kolację. Świetnie się sprawdza jako słodko-ostry dip do chipsów. Można go zapasteryzować, ale sam z siebie trzyma się w lodówce świetnie. U mnie leży już dwa tygodnie i nie wygląda, jakby się gdzieś wybierał.

Teraz kombinuję, jak się robi ten mój ukochany sos chili. U mnie na targu sprzedają chili po 10 gr sztuka, więc sami rozumiecie.

Kwadrat, ulica Woźna

Jak nie urok, to... Wydaje się, że kłopoty z moim komputerem skończą się dopiero wtedy, kiedy kupię nowy. Oby już wtedy. Przewidując problemy, postanowiłam załadować za jednym razem zdjęcia do kilku postów planowanych na przyszły tydzień, ale przez pomyłkę opublikowałam ten jako pierwszy. Cóż, nic straconego, dostaniecie dzisiaj dwa posty:)

W Poznaniu, na Ulicy Woźnej, czyli tuż za Rynkiem, obok Chimery i naprzeciwko Gołębnika otwarto wegańską... no własnie, czy to bardziej kawiarnia, czy bar, tego nie wiem. Menu wskazuje bardziej na kawiarnię, ale wystrój, zwłaszcza meble i rozkład pomieszczenia, sugerują bardziej bar. Co nie znaczy, że nie jest tam przytulnie:


zdjęcie w oficjalnego profilu

Wybrałam się tam dwa razy, coby spróbować większej ilości rzeczy i bardzo mi się całość podoba. Jest przytulnie, ale nowocześnie - właściciel oparł się obowiązującemu stylowi na mieszkanie babci ze Lwowa i postawił na geometryczne, popartowe wzory - dopracowane szczegóły, zwłaszcza w mikroskopijnej łazience, naprawdę mi się spodobały, chociaż całość jest o wiele mniejsza i bardziej ściśnięta, niż by to się wydawało ze zdjęć. Naczynia pasują do stylu, menu również, tylko krzesełka nieznośnie przypominają mi szkolną stołówkę...

Jeżeli chodzi o menu, to mamy w nim różne rodzaje napojów - od pysznej kawy, przez wiele rodzajów herbat indyjskich, gorącą czekoladę, którą spróbuję następnym razem (a jakże), lemoniady, club mate, do klasycznych koktajli. Lody w ośmiu smakach pochodzą z osławionej lodziarni Giuseppe i nie, żebym się czepiała, ale robienie lodów nie jest trudne, wiem, bo robię, i owszem, trzeba by się zapożyczyć na maszynę, ale to w żaden sposób nie usprawiedliwia tego, że nikt inny wegańskich lodów nie robi i nie podaje. Może sama się zapożyczę i otworzę budkę. Na Wildzie. Odważycie się przyjść?:> 

Codziennie serwuje się tam inną zupę, ja załapałam się na soczewicowo-kokosową, która była dobra, ale nie do końca taka, na jaką liczyłam. Z dań obiadowych zrezygnowano, chociaż na początku pojawiała się pizza z wegańskim żółtym serem, która wyglądała nad wyraz obiecująco i trochę żałuję, że się nie załapałam. Kwadrat oferuje kilka słonych przekąsek, naleśniki, tosty, dania śniadaniowe, sałatki oraz kwadraty z ciasta francuskiego z tofu, na które skusiła się moja koleżanka. Były smaczne, ale wyglądały bardzo biednie i blado, brakowało im jakiegoś kolorowego sosu na tym cieście albo innego zielska, które dałoby lepszy efekt wizualny.

Ze słodkich rzeczy mamy codziennie dwa ciasta, plus ciastka lub muffinki, plus gofry, plus słodkie naleśniki, czyli naprawdę dobrą ofertę. Ciastem, które ja tam zjadłam był najlepszy deser świata. Słów nie ma na to, żeby go opisać, musicie przyjść sami, a potem będzie się wam śniło:

zdjęcie z oficjalnego profilu. Miałam zamiar zrobić swoje, ale ciasto mnie zahipnotyzowało. Mówię zupełnie serio
Technicznie to nie jest tort, tylko bardzo gruba warstwa musu czekoladowego na bardzo cienkim i treściwym cieście. Tyle że to nie jest to, o czym myślicie mówiąc mus, jest o wiele bardziej gęste, sycące, czekoladowe i obłędne niż cokolwiek, co potraficie wymyślić. Powinni nim leczyć depresję. Kawałek wydaje się wąski, ale JA nie byłam w stanie go skończyć, co jest ostatecznym dowodem na jego doskonałą czekoladowość. Nie polecam popijania go niczym innym niż gorzka kawa.

Za drugim razem skorzystałam z promocji kawa za 2 zł do dowolnego deseru i wybrałam ciastko francuskie z makiem i białą kawę. Nie przesadzam mówiąc, że to było najlepsze ciastko francuskie, jakie jadłam - nie przepadam za nimi, bo zazwyczaj są kruche i suche, ale to miało idealne proporcje puszystości do kruchości i nie było ani przemoknięte, ani wysuszone. Ktokolwiek tam piecze, robi doskonałą robotę.

tym razem pamiętałam o zdjęciach


Jeżeli chcecie wiedzieć, co w trawie piszczy i jakie dania serwują w danym dniu, odwiedźcie ich profil na Facebooku. I tak, wszystko jest wegańskie, ser wegański, bita śmietana do gofrów i mleko w kawie też. Nie zabijcie się biegnąc, chodnik jest brukowany.

piątek, 7 października 2011

powrót z serem

Heh, wszystko się skomplikowało... dobra rada za darmo: nigdy, przenigdy nie gubcie płyty z oprogramowaniem dodatkowym do waszego komputera i nie sugerujcie się tym, że "na pewno" wszystko można ściągnąć na stronie producenta. Jedyna rzeczą, której powinniście pilnować bardziej jest... płyta ze sterownikami do urządzeń peryferyjnych, zwłaszcza takich, które nie mają bykami wypisanej nazwy firmy i modelu. Wypróbowałam 15 różnych sterowników do bluetooth i żaden nie działa z moim! Nie mówiąc już o tym, że nadal nie działają mi klawisze funkcyjne i, nie wiadomo dlaczego, wszystkie lampki-kontrolki...

Tak naprawdę byłam już gotowa do pracy dwudziestego, ale wtedy, niespodzianka, spalił mi się zasilacz. Teraz już powinno wszystko ładnie dzialać, tfu, tfu i odpukać:)


W międzyczasie nazbierało się tyle rzeczy, że sama nie wiem, od czego zacząć, więc może od najłatwiejszego: na moim profilu na Facebooku zamieściłam ze dwa tygodnie temu link do przepisów na serki fermentowane, i wypróbowałam jeden z nich. Jest fantastyczny! Tak kremowy i śmietankowy jak twaróg na sernik, w wersji bez czosnku będzie doskonały na słodko, w wersji bez soli nie brakuje mu niczego i jest fantastycznym składnikiem dobrego śniadania. Ten przepis ma jeden mankament, cenę, wagowo wychodzi 1:1 (ze 100g orzechów 100 g serka), ale to i tak drogo.

Oryginalne przepisy znajdziecie w przytoczonym linku, ja pominęłam sól i miód, bez żadnej szkody dla smaku; dobrze też zignorować czosnek, wtedy serek będzie bardziej uniwersalny. Mój serek był z nerkowców, ale można tez użyć innych orzechów; warto je wtedy namoczyć. Możecie zauważyć, że moja metoda różni się od podanej przez autorkę, a to dlatego, że najwyraźniej mieszka ona w cieplejszym miejscu i w czasie przez nią podanym serek po prostu się nie zetnie, więc zastosowałam inną, znaną mi metodę. Potrzebne nam będą bakterie probiotyczne, takie, jakie bierze się osłonowo przy antybiotykach, w tabletce lub saszetce - np. Lakcid. Ja użyłam Lakcidu Forte, który wedle wszelkich znaków na niebie i na ziemi nie zawiera laktozy jako substancji pomocniczej, ale sprawdzajcie pięć razy, bo składy się zmieniają (powiedzenie aptekarce, że jest się uczulonym na laktozę powinno załatwić sprawę). Tutaj znalazłam listę, która może być bardzo pomocna.

No to do roboty!


szklanka nerkowców, 100 g powinno się zmieścić
2 łyżki oliwy
3 łyżki soku z cytryny
tabletka lub pół saszetki bakterii probiotycznych
ciepła woda, około półtorej szklanki
mały ząbek czosnku, można pominąć

Rozpuśćcie bakterie wg przepisu na opakowaniu. Wszystkie składniki wrzućcie do pojemnika do miksowania, wlejcie pół szklanki wody i zacznijcie miksować na bardzo gładko; za każdym razem, kiedy masa zgęstnieje, dolewajcie wody, powinna być kremowa jak śmietanka. Po zmiksowaniu przykryjcie pojemnik i odstawcie na pół dnia albo na noc w ciepłe, ale nie za gorące miejsce (nie na grzejnik, ale gdzieś obok). Masa jest gotowa kiedy serek się zetnie i będzie widać oddzieloną od niego serwatkę - jak na tym zdjęciu. Wtedy należy wziąć gazę albo kawałek prześcieradła, położyć je na sicie i przelać całą zawartość pojemnika, po czym zostawić na pół godziny do odcieknięcia. Warto zawinąć brzegi i przykryć go czymś niezbyt ciężkim, np. porcelanowym spodkiem, wtedy odciekanie pójdzie sprawniej. Po tym zabiegu serek jest już gotowy do spożycia i bardzo smaczny:) A prezentuje się tak:


Zastosowałam się do rady autorki i zjadłam go ze świeżą figą - głównie dlatego, że przypadkiem ją zobaczyłam na promocji:) Jedliście kiedyś świeże figi? Są rewelacyjne.


Mam trochę pracy, ale obiecuję pojawiać się bardzo regularnie, nadrobić zaległości i powiadamiać o nowinkach, np. o wizycie w poznańskim wegańskim barze. W międzyczasie mam do was prośbę: wejdźcie na rzeczony profil na Facebooku,  odnajdźcie w połowie września cztery ankiety i wypowiedzcie się w nich, to mi bardzo ułatwi życie;) Jeżeli z jakiegoś powodu nie możecie tam odpowiedzieć, możecie napisać mi tutaj, w komentarzu, jakie jest wasze zdanie. Profil i ankiety wyświetlą się, nawet jeżeli nie macie tam konta, więc żaden diabeł nie będzie miał nad wami kontroli za to, że napiszecie, jakie przepisy lubicie! ;)

piątek, 2 września 2011

Września niet:/

Przykro mi bardzo, ale mam ostatnio bardzo poważne problemy z komputerem, który powoli traci kontakt z rzeczywistością, a nie chcę, żeby to się skończyło moim pracowaniem na maszynie do pisania. W związku z tym nie będę mogła zajmować się blogiem przez jakiś czas i bezpieczniej jest powiedzieć, że nie będzie mnie cały wrzesień, niż coś wam obiecywać. Trzymajcie kciuki, żeby za tydzień wszystko było ok, a ja postaram się wrócić z dużą ilością przepisów i kilkoma niespodziankami:)

piątek, 26 sierpnia 2011

Bułki-buki

Co ja takiego robię, że wychodzą mi brzydkie bułki? Proszę doświadczone o radę. Nawet jeżeli wkładam je do piekarnika idealnie okrągłe i sprężyste, w pieczeniu opadają, robią się płaskie, szerokie i kostropate. Nagle ujawniają się tajemnicze nieregularności w cieście, które potem wystają i spiekają się niemiłosiernie. Co mam zrobić, żeby wyszły okrągłe i gładkie? Przyjmę każdą radę.


Bułki cynamonowe z sułtankami i żurawiną
(na bazie ciasta od bułek z jabłkami)

2 i 1/3 szklanki mąki
3 deko drożdży  - ja daję pół kostki
3/4 szklanki ciepłego mleka sojowego waniliowego
1/3 szklanki cukru
1/4 szklanki oleju słonecznikowego
łyżka cynamonuszczypta soli
garść sułtanek i garść suszonej żurawiny, namoczonych w ciepłej wodzie na pół godziny i odciśniętych

Rozczyn: łyżkę mąki, łyżkę cukru i połowę mleka wymieszać z pokruszonymi drożdżami, przykryć ścierką i odstawić na 15 minut aż urośnie. Dobre urośnięcie poznajemy po tym, że zabrudziła się ścierka.

Wymieszać w misce pozostałe składniki,. Dodać rozczyn, wymieszać, przykryć ścierką i odstawić na pół godziny aż wyrośnie. Potem należy wyrobić ciasto, żeby powstała z niego zwarta kula, odrywać małe kulki i kłaść na blachę. Gotowe przykryć ścierką i zostawić jeszcze na 15 minut do wyrośnięcia, w tym czasie nagrzać piekarnik do 180 stopni. Piec pół godziny, aż zrobią się złote i patyczek włożony w bułkę wyjdzie suchy - standardowo.

No, to co robię źle?

wtorek, 23 sierpnia 2011

Dwie sałatki z bazylią

No, to trochę dłużej mnie nie było, niż zaplanowałam, w międzyczasie wpadałam do domu odespać i wymienić ubrania, ale szczerze mówiąc bardzo nie chciało mi się siedzieć przy komputerze - i dlatego teraz Was zasypię zaległymi postami z tego miesiąca. Będzie o sałatkach i sosach, o wegańskich wojażach, naleśnikach piwnych i brzydkich bułkach, a także trochę standardowego narzekania na świat i życie:)

Mój ojciec przez przypadek wysiał bazylię. Pewnie mu się pomyliła z jakimiś nagietkami, w końcu opakowania nasion są taaaakie podobne... w każdym razie w efekcie mamy dwie dekoracyjne, pseudoantyczne donice wypełnione młodymi listkami bazylii:) Po raz pierwszy nie muszę na niej oszczędzać i dodaję do czego się da, dostając w zamian fantastyczne i proste sałatki i makarony.


Sałatka z różowej fasoli z bazylią


2 szklanki ugotowanej różowej (lub pstrokatej) fasoli
garść świeżych listków bazylii
4-6 listków świeżej mięty
sól ziołowa
4-8 łyżek oliwy
łyżeczka soku z limonki
szczypta mielonej kolendry
świeżo zmielony pieprz

Bazylię i miętę zgnieść w ręce, żeby zaczęły wydzielać zapach, i wymieszać z fasolą. Dodać pozostałe składniki dolewając powoli oliwę, najpierw 4 łyżki, potem w razie potrzeby więcej. Na koniec oprószyć świeżyć pieprzem.



Pomidory z bazyliowym winegretem


2 duże, dojrzałe pomidory, sparzone lub nie, wg uznania
pół małej cebulki
duża garść liści bazylii
łyżeczka soku z cytryny
4-6 łyżek oliwy
kropla sosu chili
gruboziarnista sól

Pomidory pokroić w kostkę wielkości m/w kości do gry. Cebulkę drobno posiekać i dodać do pomidorów - nie więcej niż łyżkę. W kubeczku wymieszać widelcem bazylię, sok, oliwę i sos chili - aż do otrzymania kremowego sosu z nieco zmaltretowanymi listkami. Próbowałam całość zmiksować na gładko, ale smakuje zdecydowanie gorzej... Wymieszać pomidory z sosem i posypać odrobiną soli, do smaku. Jest pyszna świeżo po podaniu i po kilku godzinach, kiedy pomidory puszczą sok - wtedy należy dodać mniej sosu.

Do zobaczenia jutro!

czwartek, 28 lipca 2011

Kremowy koktajl malinowy

Tak na sam koniec sezonu - kiedy maliny same wpadają do ręki z krzaka, kiedy pająki i inne już się obżarły malinami i sobą nawzajem, przypomniało mi się, że właściwie można pić koktajle owocowe. Przestałam pić mleko kiedy miałam 14 lat, wracając potem do niego okazjonalnie, i tak się odzwyczaiłam od napojów mlecznych, że nawet teraz, kiedy mogę spokojnie kupić czy zrobić mleko sojowe (albo np migdałowe) nie piję ich prawie wcale... ale szejki lubiłam.



Trudno jest zrobić szejka bez lodów, a nie ma najmniejszego sensu mrozić świeżo zerwanych, soczystych owoców, więc znalazłam inny sposób:

szklanka świeżych malin
szklanka bardzo zimnego mleka sojowego
mała garść nerkowców
łyżeczka brązowego cukru z melasą (można pominąć, jeżeli nie lubicie melasy albo macie mniej kwaśne maliny)
kruszony lód

W blenderze miksujemy mleko i nerkowce na bardzo gładką masę- to potrwa ok. 2 minut. Dodajemy maliny i miksujemy jeszcze raz, na gładko - powinno z tego wyjść pół litra bardzo gęstego koktajlu. Dosładzamy do smaku, wrzucamy do szklanki kruszony lód do 1/3 objętości i dopełniamy naszym napojem. Resztę trzymamy w lodówce; starcza na 3 lub 4 szklanki,w  zależności od wysokości i objętości lodu.



Zdjęcie pochodzi z jednego z nielicznych ostatnio gorących dni. Wiecie, jaki miesiąc właśnie się kończy? Lipcopad...

poniedziałek, 25 lipca 2011

Sałatka meksykańska

W zeszłym roku często spotykałam się ze znajomymi w pewnej kawiarni, serwującej też treściwie jedzenie - gdzie zawsze zamawiałam sałatkę meksykańską, bo to jedyna potrawa, którą mogłam zjeść:) I to dobra, treściwa w swojej prostocie, jedzona z ciepłą bagietką, ale bez masła czosnkowego (mogliby dać za to oliwę, ale już nie będę się czepiać). Byłam w szoku, kiedy jakiś czas temu odwiedziłam ją ponownie i okazało się, że całkiem dobrą potrawę postanowiono "polepszyć" kurczakiem. Po co? Co ma kurczak do kuchni meksykańskiej? Nie wiem; na szczęście robią je tuż przed podaniem, więc specjalne zamówienie nie było przeszkodą. Od teraz poznają mnie po haśle: meksykańska bez kurczaka, bagietka bez masła, podwójne espresso i woda z lodem (do tego pieczone ziemniaki na pół) :)


Postanowiłam zrobić sobie cała miskę tej sałatki w domu, z płonną nadzieją, że starczy mi na dwa śniadania i kolacje, albo przynajmniej na jeden cały dzień. Niestety zniknęła w tajemniczych okolicznościach: musicie ją zrobić, żeby sprawdzić, czy u was też zniknie!


puszka kukurydzy (chociaż o tej porze roku można użyć świeżej)
puszka czerwonej fasoli (łaskawie pozwalam ugotować ją samodzielnie;))
jeden duży, mięsisty pomidor albo dwa mniejsze; obrane lub nie, wedle potrzeb
pół średniej wielkości zielonej papryki
pół średniej wielkości czerwonej papryki
dwa duże kiszone ogórki

Pomidora pokroić w kostkę wielkości ziarna fasoli. Papryki obrać, pokroić w szerokie paski a potem w kostkę tej samej wielkości. Kiszone ogórki pokroić w cienkie plasterki, jeżeli są szerokie - przeciąć na pół. Fasolę i kukurydzę odsączyć, wszystko wymieszać i polać sosem.


Można to polać sosem fasolowym, winegretem albo zielonym sosem, ale ja zrobiłam nowy, jadowity, specjalnie na meksykańską nutę:

szczypiorek od jednej cebuli
duży ząbek czosnku
1/4 szklanki oliwy
2 łyżki soku z cytryny
łyżka ostrego sosu chili
sól do smaku
woda

Wszystkie składniki zblendować na gładką masę, po czym dodać tyle wody, ile potrzebujemy do uzyskania odpowiedniej ilości sosu - u mnie zazwyczaj 1/3 szklanki. Oczywiście można ją zastąpić większą ilością oliwy i octu, ale ja jestem boleśnie świadoma kaloryczności tychże i wolę po prostu rozwodnić, zwłaszcza, że wszystkie walory smakowe pozostają nienaruszone. Jeżeli dodajecie wody, rozbełtajcie sos widelcem, żeby dobrze się połączył.

poniedziałek, 18 lipca 2011

racuchy na musie jabłkowym

Ten tydzień zleciał tak szybko, że go nie zauważyłam...głównie na bezowocnym bieganiu w tę i we wtę po urzędach, przeglądaniu ogłoszeń i wybieraniu się w różne miejsca. Odbył się też pierwszy poznański piknik wege blogerek (zmienię nazwę jak dołączy jakiś facet) i jednogłośnie uchwalono, że ma zostać pierwszym z wielu.


Zjawiły się 4 osóby, które przyniosło nieprzytomne ilości jedzenia...


... ale nic straconego, bo reszki, niczym po weselu, zostały rozdzielone i zabrane "na zaś" ;)

Po różnych podróżach, egzaminach, perturbacjach i przeziębieniach z ośmiu/ dziesięciu osób zrobiło się cztery - ja, Roślinożerka, Kreacja w kuchni i przybyła ze stolicy więcej yofu. Bawiłyśmy się dobrze przy ocienionym stole i przejadłyśmy w przewidywalny sposób, bo każda przyniosła jedzenie w liczbie mnogiej. Do zobaczenia w sierpniu!


Jeżeli chodzi o racuszki, to zdecydowanie są one wydarzeniem kulinarnym lipca. Zaczęło się od tego, że moja siostra, która bynajmniej nie ma pięciu lat, obejrzała w niedzielę rano Hello Kitty i przybiegła mnie obudzić wieścią, że tam jedli racuszki z ciepłym mlekiem. Jeszcze śpiąc ofiarowałam się zrobić takie, bo menda nie chce jeść śniadań i trzeba jej pilnować i robić. Zajrzałam do lodówki i znalazłam nieprzytomne ilości musu jabłkowego - i w tym momencie nastąpił przebłysk geniuszu. Można, na pewno można, usmażyć puszyste placki na musie jabłkowym. Skoro dodaje on objętości ciastu, to tu też nie może się nie sprawdzić. Tak właśnie narodziły się idealne wegańskie racuszki.



szklanka mąki
4 łyżki cukru
Łyżka octu
pół szklanku musu jabłkowego, innego musu lub rozgniecionych owoców i podobnej konsystencji (nie banany i cytrusy też nie)
2 łyżki oleju
2/3 łyżeczki  proszku do pieczenia

szklanka wody

Wrzucamy wszystkie składniki do miski, mieszamy widelcem i powoli dodajemy wodę, aż do otrzymania gęstego, racuchowego ciasta. Roztrzepujemy je widelcem, żeby zrobiło się kremowe i napowietrzone, a potem zostawiamy na kilka minut. Smażymy na rozgrzanej patelni pokrytej cienką warstwą oleju, 3-4 minuty na pierwszej stronie i 2 na drugiej. Przewracamy dużą łopatką, bo są puchate i bardzo delikatne! Nie aż tak, żeby się rozwalić, ale trzeba być ostrożnym.

Propozycja podania: jako kanapka ze świeżymi malinami, posypana grudkami brązowego cukru


albo unurzane w wegańskiej śmietanie
albo posmarowane kremem czekoladowym i posypane posypką
albo z lodami zawiniętymi w środku

Naprawdę, od kiedy je zrobicie, będziecie mieć obsesję na ich punkcie. Ja w ciąg tygodnia zrobiłam je 4 razy, raz na musie wiśniowo-jabłkowym (nie były takie dobre) a raz zaszalałam i zrobiłam puchatą, słoną wersję z dodatkiem krojonych warzyw, taką absolutnie profesjonalną wegańską tortillę - dodam przepis jak będę ją robić jeszcze raz, bo to jest wyższa szkoła jazdy.

Zróbcie je teraz, kiedy jabłka same spadają!

niedziela, 10 lipca 2011

Delikatne klopsiki


Lato latem, ale sami sałatkami żyć nie można i czasami chciałoby się zabrać na drugie śniadanie coś bardziej treściwego. Już nie mówiąc o tych zimnych, ciemnych i deszczowych dniach, kiedy najchętniej zjadłoby się coś ciepłego i domowego... te klopsiki, w kanapce czy w bento, idealnie się do tego nadają. Są chrupiące, miękkie w środku, sycące, ale nie siedzą na żołądku.



2 szklanki ugotowanej soi
3/4 szklanki ziaren słonecznika
pół małej cebuli
4 łyżki oliwy lub oleju
2 łyżki mąki ziemniaczanej
sos sojowy
przegotowana woda
bułka tarta (przypominam co poniektórym że bułkę można uzyskać poprzez starcie suchego chleba na tarce - tak na wszelki wypadek)
olej do smażenia
ulubione przyprawy, ja dodałam pikantną mieszankę ziół. Można też dodać świeży koperek, szczypiorek...

Zmiksować soję na pastę, dodając wodę w razie potrzeby, żeby ułatwić sobie pracę. W drugim naczyniu wymieszać ziarna słonecznika, pokrojoną cebulę, oliwę i sos sojowy, dolać pół szklanki wody i zmiksować na gęstą pastę - ja to robię w przystawce blendera do siekania. W razie potrzeby dolewać wodę. W dużej misce wymieszać soję i pastę słonecznikową, dodać mąkę ziemniaczaną i przyprawić do smaku. Masa powinna być bardzo gęsta, jak utłuczone ziemniaki - jeżeli jest rzadsza, można dodać kaszkę mannę lub bułkę tartą, ale polecam po prostu nie dodawanie większej ilości wody niż to naprawdę potrzebne. Zostawiamy masę na kilka minut, żeby się związała.

Rozgrzewamy olej na patelni, formujemy małe klopsy, obtaczamy w bułce tartej i smażymy na złoto. Dobre i na ciepło, i na zimno, i podgrzewane.


Przypominam wszystkim chętnym, że za tydzień robimy piknik wege blogerów - dajcie mi znać dzisiaj, jeżeli chcecie przyjść!

czwartek, 7 lipca 2011

herbata bąbelkowa

Pierwszy raz natknęłam się na ten ciekawy, idealny na lato napój w jakiejś książce - u Marcina Bruczkowskiego? W koreańskim opowiadaniu? Może jednak na blogu? W każdym razie bubble tea od razu przykuło moją uwagę. Najpopularniejsza na Tajwanie, rozprzestrzeniła się w krajach azjatyckich i w każdym zmieniła składniki. W niektórych miejscach obowiązkowo zawiera mleko, w innych nie; powinna mieć w środku kawałki owoców, ale nie musi. Moja wersja jest luźno oparta na przeczytanych przepisach, jest przepyszna w wersji owocowej, ale "uboga" też daje dużo radości.

Podstawą są ugotowane perełki tapioki - można je kupić w każdym sklepie prowadzącym żywność bezglutenową. Należy je namoczyć w ciepłej wodzie, aż urosną a potem gotować aż staną się miękkie i przezroczyste - gotowałam ją tutaj. Warto użyć słodzonej wody lub soku owocowego, bo tapioka sama w sobie smaku nie ma, jest za to przyjemna do jedzenia i ładnie wygląda.



Przepis na herbatę bąbelkową:

Ostudzoną zieloną herbatę lekko słodzimy. Do szklanki wrzucamy kopiastą łyżkę tapioki, zalewamy do 2/3 herbatą i uzupełniamy sokiem owocowym: jabłkowym, brzoskwiniowym, pomarańczowym... Wczoraj wyprodukowałam ładną wersję, niestety nie udokumentowaną, która miała w szklance warstwy:
kruszonego lodu
tapioki
bardzo dojrzałych, rozpadających się malin
białych porzeczek
płatków róż
zalanych zieloną herbatą i słodkim sokiem jabłkowym, udekorowaną plastrem cytryny. Była piękna, pyszna i orzeźwiająca.


Najważniejsze: pijemy ją przez szeroką słomkę, tak, żeby perełki tapioki mogły przez nią przejść. Przez zwykłą też przechodzą, ale z większym trudem:)


Przy okazji chciałabym polecić obejrzany dziś film Królowa słońca. Pojawił się na zeszłorocznym Food Film Fest, organizowanym przez Kuchnię.tv, która potem w ciągu roku emituje je na swoim kanale. Nie przepadam za dokumentami, ale muszę przyznać, że w ramach przed- (lub po-) obiedniego lenistwa udało mi się zobaczyć kilka wartościowych pozycji pochodzących z tego festiwalu.

Królowa słońca opowiada o hodowli pszczół we współczesnym rolnictwie. Punktem wyjścia jest zmniejszająca się ilość pszczół w Stanach Zjednoczonych: autorzy starają się dotrzeć do przyczyn takiego stanu, rozmawiając z przemysłowymi hodowcami pszczół, właścicielami wielkich sadów, nowoczesnymi pszczelarzami i ekologicznymi pasjonatami pszczelarstwa. Dorzucają do tego garść informacji na temat natury i zwyczajów tych owadów.

Mało kto wie, ale postulat nieużywania miodu pojawia się w pierwszej definicji weganizmu, tej ustalonej przez  założyciela ruchu: uważał pozyskiwanie miodu za niepotrzebne okrucieństwo, służące jedynie do zaspokajania naszej przyjemności. Dziś ten postulat dzieli wielu wegan, z bardzo różnych powodów: większość zwolenników miodu argumentuje, że jest on jedynym zdrowym, naturalnym cukrem. Owszem, ale czy potrzebujemy jakiegokolwiek słodzika do życia? Miód jest bardzo zdrowy, ale wrzucony zimą do herbaty ma takie same wartości lecznicze jak łyżka cukru, chyba że wasza herbata jest na tyle chłodna, że możecie włożyć do niej palec i nie czujecie gorąca, jedynie ciepło (jakieś 40 stopni). Miód w wypiekach jest absurdem. Ten film bardzo dobrze pokazuje, dlaczego właściwie powinniśmy zrezygnować z hodowli pszczół, czym ona grozi i do czego może prowadzić.

Tutaj można obejrzeć trailer.


Moje osobiste zdanie jest takie: nie powinno używać się miodu do słodzenia, deserów ani w jakimkolwiek zbędnym celu. Jako lekarstwo jest on cenną alternatywą testowanych na zwierzętach, chemicznych leków na przeziębienie i dlatego uważam, że tradycyjna, zrównoważona, ekologiczna hodowla na małą skalę mogłaby mieć miejsce. Nie potrzebujemy go więcej, niż potrzebowali ludzie 400 lat temu. Pszczoły to inteligentne, społeczne owady zdające sobie sprawę z istnienia ludzi i tego, że są hodowane - i potrafią przeciwko temu protestować. Potrafią też współpracować, jeżeli są traktowane z szacunkiem, a wiemy jak to robić. Jeżeli obstajemy przy tym, że miód jest nam potrzebny, powinniśmy odpowiednio za niego odpłacić, a nie kraść i unieszczęśliwiać jego producentów.

niedziela, 3 lipca 2011

Spotkanie wege blogerów

Witam w lipcu,

Mam nadzieję, że podobały się Wam recenzje - szczerze mówiąc, nie uzbierałam przez ten czas zbyt wielkiej ilości przepisów, ale coś się znajdzie. Do tego zepsuła mi się gofrownica. Może ktoś chce mi oddać swoją? /(na urodziny? myślę teraz o takiej okrągłej, która robi koniczynkę/serduszka)

Tak sobie pomyślałam, już jakiś czas temu, że chętnie poznałabym innych wege blogerów - z Poznania, z Wielkopolski, z dalszych okolic.... może więc chcecie się spotkać?

Proponuję jakiś lipcowy weekend, na przykład sobotę 16 lipca, w środku dnia, tak, żeby osoby, które chcą dojechać mogły w spokoju sumienia wrócić (bo niektórzy, na przykład, boją się pociągów nocnych). Myślę o pikniku albo o spotkaniu w kawiarni - wszystko zależy od ilości chętnych i od pogody, chociaż ponoć ma być słonecznie.


Przechodząc do konkretów:

1) jeżeli chcesz spotkać się ze mną i inni wegańskimi i wegetariańskimi blogerkami i blogerami 16 lipca w Poznaniu, napisz maila na adres sniadanie@mixbox.pl

2) Napisz, czy będziesz jechać z daleka i czy potrzebny by Ci był nocleg

3) Napisz, czy wolisz piknik czy kawiarnię, a może jakiś inny pomysł?


Czekam na propozycje i zgłoszenia do 10 lipca, to da czas na dopięcie wszystkiego i mam nadzieję, że te 5 osób się zjawi:)

czwartek, 30 czerwca 2011

Nakarmić duszę (ciastkiem z wróżbą)

Ostatnia książka, którą opiszę w tym miesiącu to Nakarmić duszę Joli Słomy i Mirka Trymbulaka; na tym kończą się moje nabytki w języku polskim, które mają coś wspólnego z weganizmem i które można polecić. Mam kilka różnych "kuchni wegetariańskich" w których co drugi przepis zawiera jako niezbędny składnik jakiś ser, albo coś równie atrakcyjnego jak kasza z grzybami (nie wiem, po co je trzymam). Mam też dużo ciekawych książek zupełnie nawet niewegetariańskich, które lubię, i całą półkę pozycji anglojęzycznych, którymi zajmę się kiedy indziej.

W przeszłości też zdarzyło mi się pisać o książkach, polskich i nie:
Zaskakujące tofu
PETA's Vegan College Cookbook
Vegan Brunch


Słomę i Trymbulaka kojarzycie zapewne, jeżeli w ogóle, z Atelier Smaku w kuchni.tv .  Program zebrał dużo cięgów w internecie, ze strony wegetarian i nie, tylko i wyłącznie za formę i wygląd prowadzących - udało im się nie spełnić żadnego z oczekiwań jakie ludzie mogli mieć wobec "oficjalnej reprezentacji wegetarianizmu w telewizji", urody prezenterek czy dynamiki prowadzenia nielicencjonowanych programów. Po jakimś czasie ludzie ochłonęli, a może obejrzeli jakieś inne polskie programy kulinarne niebędące kopią zagranicznych i doszli do wniosku, że jednak tak źle (i nudno) nie jest.  Przez ten cały czas, do potraw nikt nie miał uwag.



Nakarmić duszę ukazało się przed programem, więc uniknęło krytykowania dla zasady i stała się jedną z najpopularniejszych książek wegetariańskich w Polsce. Trudno się dziwić - jest piękna. Można ją przeglądać godzinami. Zamiast numeracji stron zastosowano tu numerację przepisów, na każdej z kwadratowych, kolorowych stron znajdują się dwa, ułożone według trudnego do rozszyfrowania klucza, prawdopodobnie pór rok, chociaż sezonowości produktów już nie. Dopiero w indeksie możemy przejrzeć potrawy podzielone na kategorie, które też niekoniecznie są logiczne, ale dość przejrzyste i ułatwiają wyszukiwanie tego, na co mamy ochotę. Kiedy już znajdziemy numer przepisu wertujemy książkę w jego poszukiwaniu, bo numer jest jaśniejszym fragmentem tła dla danego przepisu, co sprawia, że czasami trudno go odczytać. Właściwie każda rzecz, którą można powiedzieć o tej książce, jest zarówno zaletą i wadą: jest bardzo ładna, ale nie do końca czytelna, przepisy wyglądają na smaczne, ale zdrowych trzeba szukać. Zdjęcia robią wrażenie, tyle że czasami trudno powiedzieć, która z czterech potraw się na nim znajduje (na 2 stronach mamy zawsze 4 przepisy i zdjęcie w środku) albo jak ma wyglądać po przygotowaniu, gdyż sfotografowano detal. Całość sprawia wrażenie "coffee table book" - książki, którą kładzie się na stoliku, żeby goście mieli co przeglądać w czasie, gdy mi znikamy (albo żebyśmy my mieli co przeglądać kiedy nam się nudzi i nie chce się wstać z kanapy. Ja takie albumy trzymam w pobliżu fotela, na którym jem śniadanie) i nie jest specjalnie praktyczna. To nie musi być wada, bo ja na przykład kupuję książki kucharskie po to, żeby je czytać i rzadko z nich korzystam - zwłaszcza, kiedy przestają być nowe - i bardzo chciałam kupić tę właśnie po to, żeby sobie ją oglądać od czasu do czasu, co zresztą robię.

Filozofia Nakarmić duszę jest przedstawiona we wstępie oraz krótkich przerywnikach między porami roku: o stronę duchową należy dbać tak samo, jak o fizyczną. Potrawy powinny kusić zapachem i intrygować wyglądem oraz sprawiać przyjemność przy jedzeniu. Cały czas powinniśmy mieć przed oczyma szerszą perspektywę życia - dlatego jako nagłówek każdego przepisu umieszczono sentencję, cytat lub powiedzonko. Sam pomysł jest bardzo ciekawy, ale mam wrażenie, że gdyby napisano je mniej podniosłym stylem przyciągnęłyby więcej ludzi, bo uderzają momentami w pretensjonalne nuty. Jeżeli ktoś jest wielbicielem afirmacji motywujących i szuka źródła nowych - tu je znajdzie, na każdy dzień w roku.

365 zaprezentowanych potraw pochodzi, podobnie jak to, co robią w programie, głównie z kuchni polskiej, wzbogaconej o potrawy i wpływy klasycznej indyjskiej kuchni wegetariańskiej oraz trochę z całego świata. Brzmi to bardzo apetycznie, ale skutkuje bardzo dużą ilością przepisów bazujących na różnych serach oraz "mięsie sojowym", czyli TVP. Z jednej strony kojarzy mi się to z typowym barem wegetariańskim bazującym na kaszy i kotletach sojowych w sosie grzybowym a z drugiej z nowicjuszem nie do końca umiejącym gotować i akceptującym tylko dosłowne kopie kuchni mamusi... ktoś się naprawdę tak żywi? Nawet jeżeli jest to popularne, to po książce wydanej z taką klasą spodziewałam się trochę mniej prostych przepisów niż wegański smalec, żurek na bazie koncentratu czy ryż z kaszą. Z drugiej strony przepisy na "nieswojskie" jedzenie są całkiem ciekawe i nawet, jeżeli wiem, jak je zrobić, to podoba mi się ich obecność w takim kompendium; inspiracje kuchnią świata też wypadają dobrze. Chleb rodzynkowy, tarta dyniowa czy ciasto cukiniowe to jedne z wielu rzeczy,na które zwróciłam uwagę, mimo że brakowało im ilustracji. Duża ich część zainspirowała mnie do własnych eksperymentów, a tego właśnie szukałam.


Jeżeli ktoś uważa Nakarmić duszę za sentymentalne i pretensjonalne, to niech lepiej nie dotyka wersji angielskiej. Skąd i po co ją w ogóle mam? Więc, po pierwsze, była w przecenie w księgarni Arsenał (i ostatnio znowu jest) a ja bardzo ją chciałam mieć; po drugie, edycja anglojęzyczna twierdzi, że jest zweganizowana, więc wolałam tę wersję od takiej, nad którą będę musiała samodzielnie dumać; po trzecie wiedziałam, że jest w niej wiele polskich przepisów i chciałam się upewnić, że można ją rekomendować zagranicznym przyjaciołom. Otóż nie, nie można.

Książce zdecydowanie zabrakło korekty ze strony nativa. Szyk dłuższych zdań jest polski, co potrafi sprawić trudności w rozumieniu. Nie jest tak, że coś jest źle czy niestarannie przetłumaczone - raczej krzywo i zbyt dosłownie. "Ciąć" zamiast "siekać", seler naciowy zamiast korzeniowego (klasyk), raz słownictwo amerykańskie, raz angielskie. Jedliście kiedyś chińskie ciastka z wróżbą po angielsku w środku? W najlepszym wypadku brzmią jak Yoda, w najgorszym jak napisy na koszulkach z bazaru; podobnie jest z sentencjami umieszczonymi przy każdym przepisie.  Wiem, że w słowniku "soja" jest "soya", ale nie widziałam tego słowa w użyciu w żadnej książce napisanej przez osobę anglojęzyczną - ani na żadnym blogu (pojawiło się raz na koreańskim i jest popularne w japońskich tłumaczeniach). Dużo przepisów traci na tym, że użyto bezpośredniego tłumaczenia zamiast powszechnie używanego odpowiednika - w Polsce często smaruje się chleb pasztetem, ale lepiej brzmiałoby "spread". Czasami z kolei pojawią się zbędne synonimy. Są też pozytywy: biały ser został "curd cheese" co jest najwięcej mówiącą ze wszystkich angielskich nazw na jakie trafiłam i, w odróżnieniu od nich, nie zamienia przepisu w coś nie do wykonania. To wszystko można by usprawiedliwić gdyby nie jedno słowo: styl. Jeżeli produkcje Słomy i Trymbulaka trzeba by było nazwać słowami-kluczami, pierwszym byłby właśnie styl. W wersji angielskiej został zastąpiony niezręcznością.

Mam teorię, jak do tego doszło - autorzy poprosili znajomą o zajęcie się tłumaczeniem. Ona zgodziła się, a jest prawdopodobnie dobra, tyle że w umowach handlowych albo dyrektywach UE o standaryzacji skrzyń do przewozu wkrętów metalowych i kołków, a nie w tłumaczeniach literackich. Ale, znowu, "co to za problem przetłumaczyć książkę kucharską?" Zawsze mi się wydawało, że żaden, ale świat jak zwykle wyprowadza mnie z błędu. Za moją teorię przemawia też zupełny brak lokalizacji. Ok, rozumiem jednostki, ja się nie przejmuję czy moje "cup" to szklanka, czy 240 ml czy może 220 - wychodzi w 90% przypadków. Tyle że większość potraw będzie dla czytelnika zagranicznego egzotyczna: my wiemy, o co chodzi z wegańskim smalcem, ale założę się, że w Anglii będą drapali się w głowę. Gulasz widziałam dwa razy na amerykańskim blogu, zawsze traktowany jako niespotykane cudo (podobnie jak kefir, co bardzo mnie rozśmieszyło). I tak dalej, i tak dalej, nie będę kopać.

Na pocieszenie: to nie jest najgorzej przetłumaczona książka kucharska jaką widziałam. Stewia, soja, orkisz bije ją i wszystko po niej powstało i powstanie na głowę.


Ocena w skali szkolnej: 5, aczkolwiek jedna taka mi starczy i nie zamierzam interesować się innymi ich publikacjami, co nie najlepiej świadczy
Ocena wersji angielskiej: 2

Co z niej wyniosłam: właściwie nic, ale lubię ją oglądać i szukać inspiracji do większych posiłków. Moi znajomi też przeglądają ją z upodobaniem. A, jest jeszcze gra towarzyska polegająca na zgadnięciu po nazwie co to za powszechnie znana polska potrawa - tylko w wersji angielskiej. Jedyna gra tego typu, która święci większą popularność  to "znajdź żenujący cytat w Sztuce kochania" (też służy jako coffee table book)

Mój ulubiony przepis: wielokrotnie cytowany wegański smalec, który okazał się być całkiem smaczny.
Moja ulubiona nazwa przepisu: balls in olive oil. Smacznego!


Żeby nie było tak pesymistycznie wkleję menu, które znalazłam w internecie. Nie za bardzo wiadomo z jakiego języka było tłumaczone (może ktoś to rozszyfruje?), ale dostarcza wiele radości. Jest też dość prowegańskie: zawiera grzybiczne mięso duszone i często wspomina o przemocy wobec zwierząt. Enjoy!


Moje ulubione danie to 69.2 . Brzmi prawie jak haiku.
napisane przez szarpaną zaczynem ośmiornicę

czwartek, 23 czerwca 2011

Ciasta na wegetariańskim stole

To jest mój 450 post i dzisiaj moja strona na fejsbuku przekroczyła magiczne 500 fanów, po którym już nie można uważać, że robi się coś tylko dla siebie i można przestać w każdej chwili wedle widzimisię.

Powinnam zapewne uczcić to w jakiś sposób, upiec tort i podzielić się przepisem albo coś w tym stylu, ale że jestem kompletnie nieprzygotowana to tylko wszystkim bardzo podziękuję i powiem, że was bez wyjątku kocham :) *

Właściwie przepis na tort też mogę dać, skoro opisuję dzisiaj książkę o ciastach...




Do czasu wydania Fajna babka/ale ciacho była to jedyna tego typu książka na polskim rynku - wydana w 2000 roku pozycja Ewy Kmiecik jest zbiorem przepisów na różne słodkości w wydaniu laktowegetariańskim, czyli z produktami mlecznymi, ale bez jajek. Nie muszę chyba mówić, co to znaczy dla kogokolwiek, kto myślał o przejściu na weganizm - o ile na zdrowy chłopski rozum zastępuje się mleko sojowym, śmietanki wegańskie też już są dostępne i z margaryną można się jakoś uporać, to jajka niestety są dla większości bardzo wysokim progiem bo trudno jednak uwierzyć, że coś bez nich wyjdzie (jak już się uwierzy to jest zupełnie inna rozmowa, ale każdy musi przekonać się na własną rękę). Dlatego dla początkujących tak ważne są przepisy bez ich udziału, takie, przy których nie trzeba kombinować, i dlatego Ciasta są ważną pozycją na naszym rynku.

Książka zawiera prawie 140 przepisów uszeregowanych tematycznie oraz krótki wstęp zawierający kilka rad dla pieczących, przepisy na podstawowe dodatki oraz konwersję miar i wag na szklanki i łyżki (bardzo przydatną, przez jakiś czas wisiała skserowana na lodówce). Pierwszy rozdział to pieczywo, słodkie i słone, i jest on naprawdę wyczerpujący dla kogoś kto nie jest obsesyjnym piekarzem - znajdziemy tu różnorodne bułki, domowe obwarzanki, bagietki i chleby z dodatkami. Większość z nich bazuje na drożdżach i ciepłym mleku, więc nie ma tu żadnej filozofii konwersyjnej, po prostu bierzemy mleko sojowe i wszystko działa. W drugim rozdziale znajdują się przepisy na słodkie wypieki drożdżowe i tutaj już pojawia się masło i ser, z rzadka śmietana. Nadal są to dość proste i smaczne przepisy, ale początkujący weganin będzie musiał poszperać żeby upewnić się, czy ciasto mu na pewno wyjdzie - bardziej zaawansowani nie zauważą nawet, że trzeba cokolwiek zmieniać.

Największe ale mam do następnych dwóch rozdziałów, czyli Ciast z owocami i Tortów, a mianowicie - ciasta nie rosną. Żadna baza pod tort z tej książki, a wypróbowałam trzy, nie wyrosła na więcej niż trzy centymetry, zostawiając mnie za każdym razem wściekłą, biegnącą do sklepu po budyń i serwującą solenizantowi coś między tiramisu a stefanką, bo pożądany "tort" był akurat wysokości bazy pod krem. To, co nie ma specjalnie co rosnąć, czyli przepisy na bazie ciasta kruchego, jest w porządku, chociaż może nieco bez smaku (nie lubię kruchego ciasta). Jest to zdecydowanie najciekawsza część książki, przepisy brzmią naprawdę apetycznie i inspirująco, ale zrażona tymi tortami nie wypróbowałam zbyt dużej ilości, bo ciasta jednak piecze się dla gości a ja nie będę ryzykować, że całość pójdzie do kosza albo będzie udawać spód do tarty. Jeżeli ktoś z was może zarekomendować jeden z przepisów, chętnie się dowiem który. Przepisy z tego działu zawierają często jogurt, śmietanę i twaróg, więc trzeba się trochę bardziej nagimnastykować przy przerabianiu, ale ponieważ wegańskie wersje tych produktów są coraz bardziej dostępne myślę, że w przyszłości nie będzie z tym większych problemów.

Potem mamy ciasta ucierane, które wymagają dość dużo tłuszczu, więc nie mam z nimi większych doświadczeń - wiem, że piernik rośnie jak piernik, czyli prawie wcale:) Do ciasteczek nie mam żadnych uwag, są bardzo smaczne, ciasto dobrze się wałkuje, w większości to typowe polskoimieninowe przepisy, więc mało tu nieznanej egzotyki i można znaleźć swojego ulubieńca. W większości są to jednak przepisy na bazie ciasta kruchego, którego nie lubię, więc nie mogę powiedzieć, żeby mi przypadły do gustu.

Ostatnia część to innego rodzaju słodycze, jak lody, karmelizowane orzechy i galaretki - nigdy żadnego z nich nie wypróbowałam, bo mnie do nich nie ciągnęło, jest tu co prawda przepis na rożki, ale wcale nie chodzi o te z cukierni (prędzej takie jak z opowiadania Murakamiego) więc niespecjalnie się nimi interesowałam.

Mam bardzo mieszane uczucia względem tej książki, bo z jednej strony jest naprawdę solidna i w odróżnieniu od większości książek o wegetariańskich słodyczach nie mydli oczu sałatkami i parfait, tylko rzeczywiście oferuje 130 przepisów na coś, na co nie wpada się samemu i są to propozycje ciekawe, smaczne, zarówno klasyczne jak i oryginalne. Z drugiej strony za bardzo jestem zrażona tymi tortami, żeby ją z czystym sumieniem polecać. Nie jest jednak porażająco droga więc myślę, że warto ją mieć i wypróbowywać przepisy samemu, a dopiero po upewnieniu się, że wychodzą, serwować na wielkie okazje. Tylko kto to wszystko będzie jeść?


Ocena w skali szkolnej: 3+

Co z niej wyniosłam: nigdy, przenigdy nie rób tortu z przepisu, którego nie znasz. Z pozytywnych rzeczy - ciasta bardzo dobrze rosną na dżemie a we wszystkim, co płynne w momencie wkładania do pieca masło da się zastąpić olejem i nic się nie stanie.

Mój ulubiony przepis: zielone bułki i chleb pszenny na miodzie (sztucznym)


Ponieważ nie mogę polecić żadnego tortu z tej książki podam przepis na coś może mało efektownego, ale zaskakująco smacznego jak na wypiek drożdżowy (drożdży też nie lubię): jabłkowe ślimaki. Przepis odbiega nieco od oryginału, gdyż zastąpiłam masło olejem i wynikły z tego inne zaawansowane modyfikacje. Zdjęcia niestety brak, przysięgłabym, że mam, ale nie mam:

2 i 1/3 szklanki mąki
3 deko drożdży  - ja daję pół kostki
3/4 szklanki ciepłego mleka sojowego waniliowego
1/3 szklanki cukru
1/4 szklanki oleju bez smaku
pół kilo obranych jabłek, pokrojonych w kostkę i wrzuconych do wody z cytryną żeby nie ściemniały
łyżka cynamonu
3 łyżki wiórek kokosowych, osobiście omijam

Rozczyn: łyżkę mąki, łyżkę cukru i połowę mleka wymieszać z pokruszonymi drożdżami, przykryć ścierką i odstawić na 15 minut aż urośnie. Wymieszać w misce pozostałe składniki, poza jabłkami i cynamonem. Dodać rozczyn, wymieszać, przykryć ścierką i odstawić na pół godziny aż wyrośnie. Autorka twierdzi, że na godzinę, ja nie widzę sensu.

W tym czasie na posmarowanej olejem patelni poddusić jabłka aż puszczą sok, wymieszać z cynamonem i ostudzić na patelni - powinny zrobić się miękkie i gęste. Można dodać trochę cukru, żeby je zachęcić.

Teraz trudna część - trzeba rozwałkować ciasto drożdżowe. Nikt tego nie lubi. Ja obsypuję kulę ciasta z każdej strony mąką i dopiero wtedy wałkuję; być może ciasto jest wtedy twardsze, ale nigdzie się nie przylepia. Na cieśnie rozkładamy jabłka, i zawijamy w roladę. Ostrym nożem odcinamy 2-4 cm plasterki i każdy kładziemy na blasze. Pieczemy pół godziny do 40 minut (tak jest w książce) w 190 stopniach, aż, wiadomo, zezłocą się i urosną. Nie smakują jak drożdżówki i bardzo dobrze się je podjada w pracy.

Smacznego:)


* tak naprawdę artykuł mnie trochę rozbawił, bo o ile zgadzam się w stu procentach z przedstawieniem schematu pisania, to nie uważam, żeby było w nim coś złego. Tak, tak właśnie prowadzi się tematycznego bloga dla tej grupy docelowej, nie ma w tym nic ironicznego, więcej - jeżeli będziesz naprawdę stosować się do tych zasad, na pewno osiągniesz sukces. Akurat Pionierka nigdy mnie nie zainteresowała, ale czytałam przez dłuższy czas bardzo podobnie prowadzony blog, Joy the Baker, i ten styl decydował (i nadal decyduje) o jego uroku. Nie ma w tym nic złego, że człowiek do śniadania chce sobie poczytać coś miłego i radosnego, co nie wymaga aktywności zaspanego umysłu i nastraja pozytywnie na cały dzień. Do tego właśnie blogi służą - zamiast czytać poniekąd przypadkowe zestawienie artykułów w gazecie, wchodzimy do kogoś, kogo znamy, po kim wiemy, czego się spodziewać i on właśnie to nam daje. Nie widzę powodu do szyderstwa w tym, że ktoś znalazł wzór na sukces.


Ale z tym kochaniem to przesada.

sobota, 18 czerwca 2011

o Gillian McKeith

Postanowiłam ożywić swoje życie towarzyskie, więc jestem trochę do tyłu z recenzjami i innymi komputerowo-internetowymi rzeczami w moim życiu - ale już lecę, żeby dalej opowiadać, o nieistniejących przyjaciół też trzeba dbać:)

Bardzo lubiłam oglądać program Jesteś tym, co jesz w południe na dwójce - podobała mi się dieta, którą pani McKeith serwowała swoim ofiarom, sam pomysł z zastawianiem stołu i ogólnie wszystkie walory rozrywkowo - edukacyjne, więc kiedy zobaczyłam jej książki w księgarniach, postanowiłam je przejrzeć - i w efekcie zabrałam do domu. Ponieważ obie posiadane (z 4 wydanych, chyba że coś się zmieniło) są na ten sam temat, uwzględniam je w jednym poście.




Z flagowych publikacji programu wybrałam część praktyczną, czyli Jesteś tym, co jesz: książka kucharska ponieważ uznałam, że naoglądałam się wystarczająco, żeby znać filozofię autorki, za to zawsze brakowało mi przepisów na przygotowywane dania. W tej publikacji także mamy część teoretyczną, krótszą (zajmuje ok. 40 stron) i poświęconą praktycznym aspektom komponowania zdrowych posiłków oraz temu, co jest zdrowym jedzeniem i dlaczego nie to, co lubimy. Gillian McKeith niejednokrotnie przekonuje czytelnika do próbowania nowych rzeczy i kombinacji smaków, posiłkując się przy tym anegdotkami i łagodnym tonem. Styl części teoretycznej jest bardzo przyjazny, nie ma tu protekcjonalnego edukowania prostaczków, nachalnej propagandy chwytającej się niskiej retoryki ani hurraoptymistycznego dowcipu, charakterystycznego dla amerykańskich poradników; nie mam pojęcia, jak wyglądają brytyjskie, ale jeżeli są pisane w ten sposób, mają u mnie dużego plusa.

Książka to jednak przede wszystkim przepisy, pooddzielane apetycznymi zdjęciami i ułożonymi przejrzyście według posiłków, do których pasują. Dowcipnie ponazywane koktajle i soki oddzielone są od sekcji śniadaniowej, w której znajdują się sałatki, wariacje na temat zup mlecznych i owsianek z użyciem każdego możliwego chyba ziarna, a także bliższe brytyjskiej klasyce pozycje jak tosty dyniowe z fasolką. Mamy tu też sekcję ze słodyczami, bardzo potrzebną, bo dieta McKeith wyklucza cukier i wszystko jemu podobne; w zamian proponuje przeróżne kombinacje owocowe, gdzie jedne składniki są treścią a inne przyprawą - jej mus cytrynowy jest naprawdę przepyszny. Najbardziej jednak przypadła mi do gustu, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, sekcja zup. Nigdy albo prawie nigdy nie robię zup wg przepisu, po prostu wrzucam co się da do garnka, ona jednak zachęciła mnie do eksperymentów i po zrealizowaniu wszystkich opisanych pomysłów trudno mi wybrać najlepszą. Najdziwniejszą będzie zdecydowanie zupa z sałaty i prosa - zrobiłam ją, tak jak przypuszczam każdy, tylko dlatego, że nie mogłam sobie wyobrazić jej smaku. Okazała się być bardzo delikatna i pożywna, idealna na ciepłe, leniwe dni. Zachęciła mnie tym do podawania sałaty na ciepło, co znacznie poprawia jej smak.

Jeżeli chodzi o jej wegańskość, to większość przepisów "spełnia normy". Autorka nie używa mleka krowiego ani śmietany, w jednym przepisie pojawia się biały ser, w dwóch jajka a w kilku mięso i ryby, w sumie jest to mniej niż 10% z całości. Nie jest to przy tym książka stricte wegańska, więc można ją podarować rodzinie pod pretekstem a potem pokazać, że jednak da się bez mięsa:) Dla mnie jest to publikacja idealna, dobrze przetłumaczona (żadnych poślizgów na owocach tropikalnych czy egzotycznych przyprawach! Da się, ludzie, da się!), przejrzysta, ciekawa, zdrowa i inspirująca. Z wydanych po polsku książek, do tej sięgam najczęściej.


Ocena w skali szkolnej: 6

Co z niej wyniosłam: używam za dużo soli, jem za mało surowych warzyw i zdecydowanie za dużo słodyczy, ale poza tym jestem na naprawdę dobrej drodze do bycia niezdrowo zdrową:)

Ulubiony przepis: smakowało mi dokładnie wszystko, co zrobiłam, ale najciekawszym ze stosowanych na co dzień przepisów był chyba duszony tempeh (no bo w ogóle, zapomniałabym, kupiłam ją bo w środku były przepisy na tempeh w liczbie mnogiej, co je rzadkim rarytasem)



Zachęcona doskonałymi potrawami i bogatsza o wiedzę, że nie jestem aż tak dobrze poinformowana w kwestii zdrowego odżywiania jak mi się wydawało, nabyłam w taniej księgarni Program doskonałego zdrowia w doskonałej cenie 15 zł:)



Ta książka jest przewodnikiem dla tych, których nie stać na własnego dietetyka (w osobie jakiegoś ucznia Gillian) a podoba im się ten sposób żywienia i chcieliby poprawić swoje nawyki oraz stan zdrowia. Napakowana przepisami, zawiera 28-dniowy program  żywienia, plan "odtrutki" dla tych bardziej niezdrowych, część teoretyczną, z której wynika, że wszyscy kwalifikujemy się do odtrucia i wskazówki do dostosowania stylu życia do nowej diety.

Początek książki jest ułożony jak coś w rodzaju wywiadu przeprowadzanego na ofiarach w programie  - albo przez dietetyka na jego kliencie - połączonego z wykładem na temat tego, jak bardzo źle robimy. Ton jest bardziej dydaktyczny niż w opisywanej wyżej książce, bo też cel inny: niezdecydowani ludzie mają raz na zawsze zerwać ze złymi nawykami i zacząć jeść jarmuż :> (to jest taki mroczny żart dla wegan, kiedy już zaczynasz jeść jarmuż i wiesz, gdzie go dostać, nie ma dla Ciebie odwrotu). McKeith zdaje się z góry mieć czytelnika za lenia i obiboka, więc co rusz zamieszcza przeróżne motywujące go informacje i fragmenty mające go na celu przekonać, że wisi mu nad okapem i patrzy w talerz - i jeżeli kiedykolwiek stosowaliście dietę z książki to wiecie, że ma rację, bo wszyscy sobie olewamy "szczególiki"; dla osób nowych może się to wydać nieco nachalne i powtarzalne.

Kiedy już dowiadujemy się o co chodzi przechodzimy do 28-dniowego menu, w skrócie: absolutnie fantastyczne przepisy. Moja kopi ma mnóstwo karteczek - zakładek zaznaczających najciekawsze dla mnie propozycje: zupa z czarnej fasoli z awokado, zapiekanka z adzuki, orientalna sałatka z cukini, pasztet z nerkowców... podobnie jak w Jesteś tym, co jesz możemy tu znaleźć trochę niewegańskich przepisów, ale jest ich bardzo mało. Następne rozdziały, poświęcone odtruwaniu i utrzymaniu diety, również zawierają propozycje ciekawych posiłków. Zgadzam się z filozofią żywieniową Gillian McKeith i chciałabym kiedyś odżywiać się tak w stu procentach - kiedy będę starsza, ustatkowana i bardziej odpowiedzialna. Boże, uczyć mnie świętym, ale jeszcze nie teraz.


Ocena w skali szkolnej: 6

Co z niej wyniosłam: dużo motywujących informacji i wskazówek na temat zdrowego odżywiania oraz kilka zupełnie zniechęcających

Ulubiony przepis: Kiełbaski fasolowe

piątek, 10 czerwca 2011

Matka wegetarianka i jej dziecko

Matka wegetarianka i jej dziecko autorstwa Carolin i Romana Pawlaków nie jest żadną miarą książką kucharską, tylko typowym poradnikiem dla kobiet zastanawiających się nad macierzyństwem; zawiera jednak sporo przepisów i jest jedną z nielicznych publikacji na ten temat w Polsce, więc postanowiłam ją tutaj zrecenzować. Kupiłam ją jakiś czas temu z ciekawości i bardzo spodobał mi się ton, jakim jest napisana: wyważony, spokojny ale nie porażająco poważny, unikający głupich żartów i straszenia czymkolwiek bądź.



Ta dość cienka jak na ilość tematów, które porusza, książka przechodzi przekrojowo przez wszystkie tematy związane z ciążą i macierzyństwem: przygotowanie i zrównoważone żywienie, ciąża i problemy spowodowane dietą, które mogą się w niej pojawić, czas karmienia i żywienie małych dzieci. Pomimo jednoznacznego tytułu autorka kieruje swoje słowa zarówno do wegetarian, jak i do wegan i wielokrotnie jej propozycje są zdecydowanie bardziej wegańskie, więc książka jest bardziej uniwersalna, niż by się to wydawało. Początek jest poświęcony prawidłowemu żywieniu, zaletom płynącym z diety wegetariańskiej i wegańskiej, teoretycznym i prawdziwym problemom zdrowotnym, jakie mogą się pojawić oraz innym metodom dbania o siebie. Następnie autorka poświęca trochę miejsca prawidłowemu skomponowaniu diety w czasie ciąży, zapobieganiu niedoborom, problemom, którym można zaradzić za pomocą diety (typu zaparcia) albo przynajmniej spróbować (typu nudności) i dbaniu o siebie podczas ciąży. Karmienie piersią i podawanie stałego pokarmu są uwzględnione razem, jako kontinuum; tutaj państwo Pawlak poruszają również temat zdrowia karmiącej matki, a nie tylko zapewniania dziecku tego, co mu potrzebne. Pod koniec znajdują się tabele zapotrzebowania na poszczególne składniki u dzieci i dorosłych, wartości odżywczych różnych produktów żywnościowych oraz przepisy.

Nie mam żadnych zastrzeżeń co do tego, co znajduje się w książce - bardzo mi się podoba, że na końcu każdego rozdziału umieszczono bibliografię, dzięki czemu łatwo sprawdzić, czy podawane przez autorów dane nie są przypadkiem przestarzałe i czy stan wiedzy bardzo posunął się naprzód od tego czasu. Brakuje mi za to całkiem dużej ilości rzeczy, najbardziej gotowych przykładowych planów żywienia w czasie ciąży, karmienia piersią i karmienia małych dzieci. Owszem, mamy podane zasady komponowania posiłków, ale czy aż tak dużo kosztowałoby uwzględnienie tygodniowego planu na każdą z tych sytuacji? Nie wszyscy czują się komfortowo ze swoimi umiejętnościami kulinarnymi i nawet jeżeli kobieta jest przekonana, że odżywia się prawidłowo, może nagle wpaść w panikę że dziecko urodzi się bez kręgosłupa i porównanie swojej diety z przykładową albo zmodyfikowanie jej pomogłoby poczuć się lepiej. Moim zdaniem poradnik nie powinien zmuszać czytelnika do upewniania się gdzie indziej, że wszystko z nim w porządku, zwłaszcza poradnik pisany w kraju, gdzie większość lekarzy wróży niejedzącym mięsa natychmiastową śmierć a brak jej symptomów tylko ich upewnia, że kiedyś się doigramy. Za dużo miejsca, według mnie, poświęcono na opisywanie zasad i założeń wegetarianizmu; może się mylę, ale kobiety raczej nie przechodzą na wegetarianizm znienacka kiedy okazje się, że są w ciąży, tylko raczej najpierw są weg*nkami a potem heroicznie usiłują odwieść rodzinę i znajomych od przemycania im mięsa i jajek na talerz w imię dziecka. Gdyby ten rozdział był przeznaczony dla otoczenia właśnie - rozumiem, ale matek wegetarianek nie trzeba przekonywać, że niejedzenie mięsa jest zdrowe. Sama ciąża jest też dość oszczędnie potraktowana, mamy tylko informacje o niedoborach i problemach, przydałoby się coś więcej, jakieś informacje o zachciankach, żywieniu w podróży, sama nie wiem...

Jeżeli chodzi o przepisy, to w skrócie: są nudne. Pani Pawlak jest autorką Naturalnej kuchni wegetariańskiej której nie mam, ale opisywała ją Olga Spaceage. Ja ją tylko przeglądałam, w sklepie ze zdrową żywnością (chodzę do sklepu, gdzie można przejrzeć dokładnie wszystkie książki wege polskich autorów oraz obdarzone frapującymi tytułami pozycje bibilijne) i nie kupiłam jej, bo też wydała mi się nudna. Jeżeli ktoś lubi "polskie smaki" rozumiane w odłączeniu od kuchni staropolskiej a w bliskim pokrewieństwie z barem mlecznym może mu się to spodobać, ale dla mnie to wszystko jest szare,  monotonne i niedoprawione. Mamy tu przepis na kotlety z płatków owsianych, selera i grzybów - coś co zjadłabym tylko w desperacji, pastę czosnkowo-sojową z majerankiem - sama myśl sprawia, że zatykam nos - albo zastanawiający przepis na bitą śmietanę z makaronu, prawdopodobnie bliską kuzynkę majonezu z makaronu, który jest smaczny, ale to porównanie wcale śmietanie nie pomaga.

Podsumowując: uważam, że książka jest warta zakupu przez osoby zainteresowane, ale nie jako jedyna tego typu pozycja, zwłaszcza jeżeli delikwentka ma staroświeckiego lekarza który każe jej zjadać surową wątróbkę. W tej sytuacji, o ile nie jest mistrzynią kulinarną, po tygodniu na kaszy z owsem pójdzie się chyba powiesić.

Na koniec ostrzeżenie: autorka jest osobą religijną, stawiam na adwentystkę, i choć nie daje temu wyrazu prawie wcale, te kilka razy jest dość mocnych. Ateistom radzę pominąć rozdział 9 "Zdrowie psychiczne podczas ciąży" (chyba, że mają poczucie humoru) a wszystkim zdrowym na umyśle wyrwać stronę 114, chyba że mają niskie ciśnienie albo wszystko im wisi. Zapewne zareklamowałam teraz książkę bardziej niż cokolwiek:) Osoby mocno wierzące w cokolwiek chrześcijańskiego będą tymi fragmentami ukontentowane, polecam więc przepisanie ich na ładną kartkę i powieszenie na lodówce ku pamięci.


Ocena w skali szkolnej: 4+

Co z niej wyniosłam: dużo ciekawych i uspokajających na przyszłość wiadomości na temat zbilansowania diety w czasie ciąży oraz karmienia.

Mój ulubiony przepis: pieczony słonecznik, bo jako jedyny ma wyraźny smak, poza tym jest świetnym i tanim pomysłem imprezowym. Bita śmietana tez mnie frapuje.

sobota, 4 czerwca 2011

Słynni wegetarianie i ich ulubione przepisy

Kontynuując miesiąc recenzji przebiję się najpierw przez książki nie do końca kulinarne, zawierające przepisy, ale poza tym inne jeszcze rzeczy. Słynnych wegetarian kupiłam sobie kiedyś w nagrodę za coś, bo bardzo lubię  takie zbiory anegdotek no i całość wyglądała bardzo sympatycznie.






Na okładce mamy napis "poradnik", ale szczerze mówiąc nie wiem, co ta pozycja może nam poradzić; bardziej pasowałby "motywator", bo taką rolę mają podobne publikacje - żeby pokazać na dobrym przykładzie ważnych ludzi że warto, że można i że dobrze robimy. Książka składa się z krótkich życiorysów 25 osób, analizy ich motywacji do przejścia na wegetarianizm, opis działań na rzecz jego popularyzacji oraz kilku przepisów z których korzystała (lub mogła korzystać dana osoba). Autorowi należą się duże pochwały, ponieważ każdy przepis pochodzi z odpowiedniej epoki, jeżeli to możliwe - z autentycznej książki kucharskiej danej osoby (to chyba nie zmienia się nigdy, wegetarianie muszą znać się na gotowaniu i zbierać pomysły do zeszytu), ze zbioru przepisów wydanego w jej epoce lub tradycyjnych dla danej społeczności w tym okresie. Notki biograficzne nie są zbyt długie, bardziej informacyjne niż pogłębiające wiedzę, ale też nie ma tu miejsca na dłuższą analizę. Również wątki wegetariańskie nie są specjalnie rozwinięte, co dla mnie jest sporym minusem, bo o ile nie jest mi do szczęścia potrzebna wiedza na temat tego, jakie ktoś miał relacje z własnymi dziećmi, to jednak jeżeli zalicza się go do słynnych wegetarian chciałabym wiedzieć co sprawia, że nie jest tylko słynną osobą która przy okazji nie jadła mięsa; boli to zwłaszcza przy biografiach ludzi żyjących w XIX i XX wieku i zaangażowanych w ruch propagujący weg*anizm, można było przy okazji coś napisać o organizacjach, w jakich działali, o ich współpracownikach, o tym, czy ich starania wydały jakieś owoce w następnym pokoleniu... Niestety nic więcej poza ty, jak wyglądało bycie wege w swojej epoce nie zostało tu przedstawione.


Opisywane osobistości należą do bardzo znanych, ale głównie w kulturze anglosaskiej - większość z nas nie ma zielonego pojęcia kim była Annie Besant, Henry Salt czy Killer Kowalski. Jest to jednak niedopatrzenie z naszej strony i wielkim plusem książki jest to, że przedstawia ludzi naprawdę ważnych dla rozwoju idei wegetarianizmu i weganizmu, a nie tylko przypadkowe osobistości. Z drugiej strony pojawia się tutaj Jezus Chrystus... jeżeli nie spotkaliście się nigdy z teorią, że był on weganinem to szczerze polecam publikację pt: Co mógł jadać Jezus która jest fantastycznie zabawną lekturą (zupełnie niechcący) i naprawdę otwiera czytelnikom oczy. Pomijając takie kwiatki autor skupia się na ludziach, których dietę udokumentowano, a my niekoniecznie o tym wiemy - takich jak Tołstoj, Shaw czy Kellog - o tym ostatnim wiedzą zapewne osoby, które widziały ten film, reszcie go polecam bo głupi jak mało co, a na dodatek to czysta prawda! Bez wiedzy, że płatki kukurydzane są lekiem na masturbację życie jest zdecydowanie uboższe:)


Jeżeli chodzi o przepisy, to autor wybierał wegańskie lub adaptowalne, bo sam jest weganinem - i wszystko byłoby w porządku gdyby nie tłumaczka, który bardzo się starała, ale jej trochę nie wyszło. Bardzo dobrze, że dodała przypisy przy składnikach, które mogłyby sprawić problem, takich jak mieszanki przypraw. Tylko dlaczego nie można było napisać tofu zamiast "ser sojowy" skoro wśród opisywanych osobistości są autorzy książki o tofu i temat jest wielokrotnie wałkowany? Co ma Polak rozumieć pod "niewybielana mąka"? Oczywiście jeżeli ktoś siedzi w temacie domyśli się o co chodzi, ale zdaje się że przepisy, podobnie jak instrukcje, nie służą do domyślania się tylko zupełnie wręcz odwrotnie. Ja wiem, że jak Amerykanin pisze seler ma na myśli naciowy, ale ktoś może zrobić sałatkę z korzeniowym no i smacznego na drogę. Klasykiem są oczywiście drożdże piekarskie, które powinny być płatkami drożdżowymi - nie wiem co jest mniej wykonalne, opanierowanie tofu w drożdżach czy zjedzenie tego później? Zupełnie nie rozumiem dlaczego w tłumaczeniu książek przechodzą rzeczy, które byłyby nie do pomyślenia przy umowach czy pismach oficjalnych. Gdybym zamówiła dla firmy 20 kilo "śrubek" zamiast wkrętów wywaliliby mnie po prostu z pracy, gdybym napisała, że na rynku w Poznaniu stoi pomnik Syreny nie zatrudniono by mnie tam więcej, ale w przepisach czy danych można grzebać do woli, w końcu co to za różnica, książkę kucharską potrafi przetłumaczyć każdy...


Podsumowując, książka jest ciekawą lekturą dla ludzi interesujących się weg*nizmem i może stać się dobrą inspiracją, ale radziłabym się odwoływać się do zdrowego rozsądku przy realizacji przepisów - własnego lub cudzego:)




Ocena w skali szkolnej: 3+

Co z niej wyniosłam: Lew Tołstoj był wegetarianinem a Budda, Chrystus i Pitagoras to udokumentowane postacie historyczne. Bardzo podobał mi się rozdziało Gandhim, dał mi dużo do myślenia na temat "domyślnego wegetarianizmu" i przewagi osobistego doświadczenia nad nauczaniem jakichś idei.

Mój ulubiony przepis: szparagi na toście. "Kawa miso", choć brzmi ohydnie na pierwszy, drugi i trzeci rzut oka, naprawdę daje kopa i zainspirowała mnie do popijania zupy miso na śniadanie.
Ranking i toplista blogów i stron