niedziela, 10 października 2010

Tofu Reuben

Wiedziałam, że jest kanapka, która się tak nazywa, ale kojarzyła mi się głównie z dialogiem z filmu "the Lookout". Bohaterowie chcą założyć bar szybkiej obsługi i idą z biznesplanem do banku, gdzie wywiązuje się taka rozmowa:
- widzę, że każda z waszych kanapek ma jakieś imię. Kim są ci ludzie?
- to są imiona ludzi, których lubię i cenię, który mi w jakiś sposób pomogli.
- Aha...
- Właściwie moglibyśmy nazwać jedną kanapkę po panu, taki pan życzliwy dla nas. Jak się pan nazywa?
- Nie, nie trzeba.
- Ale proszę, bez pana nie dostaniemy kredytu, to bardzo duża pomoc.
- Naprawdę nie trzeba.
- Nalegam. Jak ma pan na imię, na R... Richard?
- Reuben...

To było wszystko. Na pewno nie wiedziałam, że to kanapka z kapustą kiszoną! Czy to nie dziwne? Można jeść kapustę z grzybami pomagając sobie chlebem, ale położenie na nim kapusty wzbudza jakiś wewnętrzny sprzeciw... postanowiłam go pokonać i wykorzystałam przepis na Tailgatin' Tofu Reuben z Vegan College Cookbook:


zdecydowanie trzeba było wybrać inny kolor talerza
chleb żytni
pół paczki tofu - ja użyłam wędzonego, w przepisie jest naturalne
kapusta kiszona, jakaś garść
musztarda
płatki drożdżowe, pominęłam

Pokroić cienko tofu, odcisnąć, posmarować chleb musztardą, na niego tofu, na tofu kapustę, na kapustę płatki drożdżowe - pomysł wydał mi się okropny, przykryć, zjeść.

O dziwo była to bardzo dobra kanapka - na tyle, że zaraz poszłam i zrobiłam sobie drugą, tyle że na grubej bułce i na ciepło. Lepsze, moim zdaniem.


Kanapka bierze udział w akcji Oswajamy Tofu - siadłam sobie w tygodniu rano w łóżku z kawą i stosem książek, żeby poszukać jakichś nowych przepisów do akcji, bo specjalnie z tym tofu kreatywna nie jestem, mogłabym jeść tylko sojecznicę z prażoną cebulką i parówką i byłabym szczęśliwa. To są rezultaty poszukiwań:

 

A później tego samego dnia trafiłam na listę, która mi się skojarzyła z tym posiedzeniem:)

Jesteś uzależnion@ od wegańskiego pieczenia jeżeli:
  • czytasz do poduszki książki kucharskie
  • wstajesz wcześniej rano, żeby coś upiec
  • Zabierasz się za pieczenie po północy, bo naszła cię wena.
  • ciągle przeglądasz wegańskie blogi.
  • kupujesz egzotyczne składniki do pieczenia, mimo że nie masz pojęcia, co z nimi zrobić.
  • przejdziesz każdą odległość żeby kupić potrzebny składnik.
  • masz termometr do piekarnika.
  • śni ci się pieczenie.
  • pieczesz więcej, niż twoje otoczenie może zjeść.
  • tyjesz.
  • musisz sobie wyznaczyć tygodniowy limit pieczenia.
  • przekraczasz swój tygodniowy limit pieczenia .
  • wypróbowujesz te same przepisy z różnymi zastępnikami jajka.
  • wypróbowujesz te same przepisy z różnym mlekiem.
  • zaczynasz blog który niechcący staje się blogiem o wegańskich wypiekach.
  • zaczynasz karmić swoich współpracowników tym, co pieczesz, żebyś nie musiał/a tego sam/a jeść.
  • zastanawiasz się nad odłączeniem piekarnika na miesiąc, żeby cię nie kusiło... co z oczu to z serca?
  • masz więcej blach i foremek niż garnków i talerzy.
  • większość twoich szafek zawiera składniki potrzebne do pieczenia i dekoracji.
  • Zaczynasz wymyślać okazje do pieczenia - Dzień PMSa, Nieurodziny...
  • Nie porzucasz przepisu dopóki nie zrealizujesz go idealnie.
  • podoba ci się pomysł pójścia na kurs kulinarny i zostania wegańskim piekarzem.
  • mieszanie mokrego z suchym cię uszczęśliwia.
     
    I co, jesteście uzależenieni? :>

środa, 6 października 2010

Ratunku! Boję się tofu! oraz sałatka

Z okazji trwającej akcji Oswajamy Tofu postanowiłam raz a porządnie odpisać wszystkim osobom, które nie wiedzą, z czym to się je. Dosłownie. Takie tofowe FAQ; jeżeli macie jakieś dodatkowe pytania, śmiało, dodam je tutaj.


Co to w ogóle jest tofu?
Takie coś z mleka sojowego. Produkowane podobnie jak ser z mleka zwierzęcego, więc śmiało możemy je tak nazwać.

Czemu się tak brzydko nazywa? A to fuuuuuu...
Zapytaj Chińczyków, wymyślili je kiedy Europejczycy huśtali się na ogonach.

Do czego to służy?
Na pewno nie jako zamiennik sera krowiego czy koziego w wersji 1:1. Tofu ma własną strukturę - w zależności od rodzaju od kremowego twarogu jak na sernik do czegoś między białym a żółtym - nie topi się, można je pokruszyć i nie ma zapachu, łatwo przejmuje smaki. Jeżeli ktoś koniecznie chce je traktować jako zastępnik, to raczej białego sera, niż żółtego.


Nie lubię tofu bo nie ma smaku/nie zjem nigdy tofu, bo przeczytałem w internecie, że nie ma smaku.
Jeżeli tofu nie ma smaku, to ogórek, kapusta pekińska oraz biały ser też nie mają. Jeżeli w twojej diecie jest dużo soli twoje kubki smakowe mogą być znieczulone i zwyczajnie nie rozpoznawać smaku tak delikatnie doprawionego produktu. Ale czy wiesz, ile rodzajów tofu jest na rynku? Spróbuj marynowanego, wędzonego, z dodatkiem ziół, alg, grzybów, czosnku... Polecam zwłaszcza wędzone, dobrze zrobione sprawia, że zapominasz o Roladzie Ustrzyckiej.


Tofu śmierdzi.
Masz stare tofu. Wyrzuć je.


Czemu ono pływa w takiej dziwnej wodzie?
Żeby nie wyschło i było dłużej świeże. W krajach, gdzie sprzedaje je się na wagę, trzymane jest zawsze w świeżej wodzie, nawet w lodówce.

Gdzie mogę tego użyć?
Gdzie ci się tylko podoba: w sałatce, na kanapce, w deserze, w sosie, pieczone, duszone, smażone itd. Osobiście nie radzę osobom początkującym korzystania z azjatyckich przepisów, bo tam często używa się tofu w ogóle nie przyprawionego - jego smak (ten sam, którego Europejczycy nie czują) jest bardzo atrakcyjny dla Azjatów. Dla Ciebie też może być, ale najpierw spróbuj zamarynować je albo obtoczyć w przyprawach i usmażyć, albo potraktuj je jak biały ser w kuchni polskiej.

Czy mogę używać tofu na słodko albo upiec z nim sernik?
Pewnie, tofu nie jest prawie solone, możesz je zmiksować z cukrem waniliowym i zrobić twarożek. Do serników wybieraj tylko bardzo miękkie, najlepiej jedwabiste, którego w Polsce zazwyczaj nie ma - w takim razie wybierz bardzo miękką kostkę.

Gdzie sprzedają tofu?
W dużych miastach jest w każdym supermarkecie. Zawsze występuje w sklepach ze zdrową żywnością. Jeżeli u Ciebie go nie ma, możesz spróbować poprosić jakiegoś sklepikarza, czasami się udaje.

Masz jakieś dobre przepisy?
Mam. Tu. Wszystkie wypróbowane.

Więcej pytań do głowy mi nie przychodzi, proszę o pisanie, a ja zabieram się za sałatkę.


To mój ulubiony rodzaj sałatek: z grzankami, smażonym tofu, pomidorami i imbirowym sosem miso, którego na zdjęciu nie ma.

Pocięłam ćwierć kostki tofu w kostkę (kostkę w kostkę:P), odsączyłam i posoliłam. Na patelni rozgrzałam oliwę z łyżeczką curry i kiedy przyprawa się zezłociła dodałam tofu, smażąc z każdej strony metodą potrząsania patelnią:)
Potem na tej samej zrobiłam grzanki z pokrojonego identycznie chleba. Odłożyłam je żeby wystygły, a w międzyczasie dodałam:
2 pokrojone pomidory
garść chrupiącej sałaty
i kiszonego ogórka pokrojonego w kostkę
wystudzone tofu
wystudzone grzanki
imbirowy sos miso

Bardzo szybki i sycący posiłek któremu nic się nie da zarzucić:)

wtorek, 5 października 2010

Banh Mi Chay - wariacje na temat wietnamskiej kanapki

Czytałam sobie ostatnio artykuł w "współczesnych kanapkach": nie wiem, co jest dziwniejsze, pisanie o czymś takim czy czytanie? Trafiłam tam na opis długiej, chrupiącej kanapki z marynowanymi warzywami, Banh Mi, w wersji wegetariańskiej - ze smażonym tofu. Wzięłam się za produkcję, bo mnie zaintrygowała, ale nie miałam wszystkich składników. Poniżej oryginalna lista składników na cztery kanapki:

Na marynowane warzywa:

  • 1 duża marchewka pokrojona w słupki
  • 1/2 białej rzodkwi (daikon), j.w.
  • 1/2 szkl. wody
  • 1/2 szkl octu
  • 1/4 szkl cukru
Na kanapkę:
  • 1/2 ogórka pokrojonego w słupki
  • 1/2 białej cebuli, posiekanej
  • 1 lub więcej jalapeńo lub inna ostra papryczka
  • 1 awokado
  • liście mięty
  • liście kolendry
  • pół kilo tofu, pokrojone w plastry
  • olej do smażenia
  • majonez, może być z ostrymi przyprawami
  • 4 długie bułki



 W oryginale używa się bułek zrobionych częściowo z mąki ryżowej, ale wszędzie zapewniają, że nie trzeba, więc się nie przejęłam i wzięłam mini bagietkę. Warzywa zrobiłam całe, bo chciałam mieć na zapas, ale pokroiłam zwykłe, długie rzodkiewki.  Jako majonezu użyłam sosu majonezowego, awokado nie miałam, ale dodałam pomidora. Moje składniki przedstawiały się następująco:



Marchewkę i rzodkiewki zamarynowałam na noc w mieszance ciepłej wody, cukru i octu - wyszły niezłe, ale dosyć twarde, powinno to chyba leżeć z tydzień (miałam sprawdzić, ile im zajmie zmięknięcie, ale codziennie wyjmuję trochę i chyba długą nie przetrzymają). Ćwierć kostki tofu pokroiłam w plastry i zgodnie z przepisem usmażyłam na złoto, posypałam sola i pieprzem i odsączyłam na serwetce. Bagietkę posmarowałam sosem majonezowym, położyłam na niej sałatę, ogórka, tofu, pomidory, cebulę i marynowane warzywa.


To naprawdę dobra kanapka -chrupiąca i sycąca, słodko-kwaśno-słona. Smakowała mi zwłaszcza cebula, normalnie nie dodaję surowej do kanapek, a tutaj jej odrobina dodała chrupkości i małego kopa od samego rana:) W wersji bez awokado można spokojnie zabrać do pracy w celu wzbudzania zazdrości u głodnych współpracowników.

Ten przepis bierze udział w akcji Oswajamy Tofu.

niedziela, 3 października 2010

Placki kukurydziane z sosem majonezowym z tofu

 Jakiś czas temu porozumiałam się z  rojes w sprawie latte art i zaprosiła mnie, żebym wstąpiła do niej do pracy i zobaczyła, co robi. Wczoraj skorzystałam z zaproszenia i dostałam takiego oto ślicznego misia:



Zapewnia, że potrzeba raczej wytrwałości niż talentu, ale i tak zazdroszczę i podziwiam:)


Zaczął się październik, a wraz z nim akcja Oswajamy Tofu u wegetarianki. Po sąsiedzku serdecznie zapraszam WSZYSTKICH do udziału (można wygrać opisywaną przeze mnie książkę!) i zabieram się szybko za produkowanie jedzenia z udziałem jednego z moich ulubionych składników. Jeżeli nie macie pomysłu lub odwagi, możecie skorzystać z tagu tofu na moim blogu i coś sobie zaadoptować:)

Chciałam dziś rano zrobić sobie naleśniki razowe z takim sosem, ale po przejrzeniu szafki zmieniłam zdanie i zdecydowałam się wypróbować placki na bazie samej mąki kukurydzianej - zazwyczaj łączyłam ją z pszenną. Wyszły pyszne, chrupiące i puszyste, polecam wszystkim:)

szklanka mąki kukurydzianej
pół szklanki gorącej i pół szklanki zimnej wody
łyżka zmielonego siemienia lnianego
2 łyżki oliwy
sól, pieprz ziołowy

Najpierw wsypujemy do miski siemię lniane i szybko trzepiąc dodajemy gorącą wodę, aż utworzy nam się zwarta, spieniona masa. Wtedy dodajemy mąkę, mieszamy, dolewamy powoli zimną wodę aż otrzymamy konsystencję ciasta na racuchy (gęstsze niż naleśnikowe). Wtedy dodajemy przyprawy i oliwę, mieszamy i odstawiamy na 10 minut. Ja w tym czasie zrobiłam sos:

ćwierć kostki tofu naturalnego
3 łyżki oliwy
półtorej łyżki octu winnego
łyżka posiekanej cebuli
łyżeczka curry
sól, zioła i łyżeczka koncentratu pomidorowego - do przyprawienia

Wszystko wrzucamy do blendera i pulsując miksujemy aż wszystkie składniki połączą się do majonezowej konsystencji. Dosalamy do smaku i dodajemy koncentrat pomidorowy oraz ulubione zioła - ja użyłam mieszanki do sałatek. Ważna uwaga: od tego, jak mocny ocet użyjecie zależy, jak bardzo będzie go czuć. Tak samo z oliwą lub olejem - od jego smaku zależy, czy będzie wyczuwalny, czy nie.

Naleśniki smażymy na dobrzej rozgrzanej i naoliwionej patelni - ja po upewnieniu się, że konsystencja ciasta jest właściwa, zaczęłam eksperymenty z foremkami do naleśników. Końcowy rezultat wyglądał tak:



Ten post bierze udział w Festiwalu Tofu.

czwartek, 30 września 2010

gniazdka śniadaniowe

Zastanawiałam się wczoraj, co można nowego zrobić z tofu? I wpadłam na pomysł zrobienia gniazdek z bułek z zapieczonym nadzieniem. Wbrew pozorom jest to bardzo szybkie danie i jeżeli macie opiekacz albo szybko nagrzewający się piekarnik warto spróbować:)

Nie mam niestety zdjęcia efektu końcowego, siadły mi baterie. Wyglądało apetycznie w każdym razie i smak spełniał pokładane w przepisie nadzienie: chrupiąca bułeczka, delikatne, kremowe nadzienie, chrupiąca papryka i podpieczony pomidor... mniam.

jedna gruba bułka (im więcej miąższu tym więcej nadzienia)
ćwierć kostki tofu naturalnego
ćwierć szklanki mleka sojowego
pół małej cebulki
pół małej papryki - dowolny kolor
łyżka siekanego koperku
dwa duże plastry pomidora
sól, pieprz, ulubiona mieszanka ostrych przypraw

Zaczynamy od podsmażenia papryki na małej ilości tłuszczu; kiedy się zeszli dodajemy pokruszone tofu i smażymy na złoty kolor. Wrzucamy je do blendera, dodajemy przyprawy (proponuję solić na końcu), i mleko. Wszystko blendujemy na gładką masę, z którą mieszamy paprykę pokrojoną w bardzo drobną kostkę; ja posiekałam ją razem z koperkiem (też dodajemy)

Przekrawamy bułkę na pół i wyskubujemy miąższ tak, żeby powstała miseczka:


Napełniamy bułkę nadzieniem tak, żeby nie wystawało, przykrywamy plastrem pomidora i solimy. Pieczemy aż bułka się zrumieni a nadzienie osiągnie kremową konsystencję.


Polecam wszystkim eksperymentowanie z przyprawami, to naprawdę pyszna sprawa:)

Przy okazji chciałam podziękować osobie, która wrzuciła mnie na Wykop i powiedzieć wszystkim, którzy uważają, że weganizm jest nawiedzony, żeby poszli się bujać:)

wtorek, 28 września 2010

domowe cappucino

Skończyła mi się czekolada i musiałam pocieszyć się czymś równie pysznym: padło na cappucino.



W zeszłym tygodniu zobaczyłam w jakimś programie genialny w swojej prostocie sposób na spienianie mleka tak, żeby można było sobie w domu przyrządzić prawdziwe cappucino. Albo podrobić latte z Coffee Heaven. Moi rodzice teoretycznie mają ekspres ciśnieniowy, ale nigdy nie udało mi się go rozszyfrować (instrukcji brak), ja jakiś czas temu kupiłam taką wibrującą trzepaczkę, która jest fatalnym, rozwalającym się i nie dającym żadnych efektów urządzeniem - może dlatego, że dałam za nią jakieś 5 zł? W każdym razie ten pomysł mi się spodobał, ponieważ wymagał tylko jednego sprzętu, który mam w domu, a mianowicie kawiarki typu french press. To bardzo przydatne urządzenie, zwłaszcza w pracy, gdzie nie każdy ma ochotę wybierać między kawą rozpuszczalną a fusiastą; ja używałam jej tez do parzenia drobnej herbaty, prześlizgującej się przez oczka zaparzaczy. W każdym razie metoda jest bardzo prosta:


Potrzebna nam wspomniana wyżej zaparzarka oraz gorące mleko: z jednej trzeciej szklanki dostajemy szklankę spienionego, czyli tyle, ile potrzeba do dwóch filiżanek kawy. Wlewamy mleko do środka i zaczynamy szybko poruszać tłokiem przez 15 sekund.


Z powyższej ilości mleka otrzymujemy tyle sztywnej pianki:


Teraz tylko przelewamy całość do filiżanek i już mamy profesjonalnie wyglądające cappucino:







Robiłam też tą techniką gorącą czekoladę (ubijając połowę gotowej czekolady) Masala Chai oraz zieloną herbatę z kardamonem, wszystko pyszne. Nie wspominając już o tym, jak smaczne jest samo ubite mleko z syropem:)

niedziela, 26 września 2010

serek z suszonymi pomidorami i rzodkiewką

Zamierzałam zrobić w tej wersji smakowej fermentowany serek z migdałów, ale nie starczyło mi czasu (również na zakupy), więc po prostu zmieliłam nerkowce na krem jak w tym przepisie. Wyszedł naprawde pyszny, kremowy serek do kanapek, idealnie nadających się na wyprawę za miasto. Zdjęcia robiłam wieczorem, więc trochę zamglone, ale dają ogólny pogląd sprawy:


na 2 duże kanapki, ok 100g serka:

50 g nerkowców
2 suszone pomidory
3 rzodkiewki
łyżka posiekanej zielonej części pora (zamiast cebuli, która nadawałaby intensywny aromat kanapce)
szczypta słodkiej papryki i pieprzu cayenne, sól
ew. trochę oleju i ciepłej wody, gdyby nie chciało się miksować.

Pomidory, jeżeli są suche, moczymy we wrzątku aż zmiękną; jeżeli z oleju - osuszamy. Siekamy na małe kawałki razem z umytą rzodkiewką. W blenderze miksujemy nerkowce z przyprawami, dodając wodę lub oliwę, jeżeli nie chce się zmiksowac na gładko (może być od pomidorów). Z masą orzechową mieszamy pomidory, rzodkiewkę i warzywa, smarujemy na kanapce.


Jeżeli lubicie ostre smaki, spróbujcie dodawać pora zamiast cebuli; nie pachnie nawet w jednej trzeciej tak intensywnie, a nadaje podobny smak i przyjemną świeżość potrawom, jak w tym przypadku. Serek bardzo dobrze komponuje się ze świeżą pqapryką lub innymi chrupiącymi warzywami.

Smacznego!

piątek, 24 września 2010

Sałatka z kukurydzy i awokado

Blogger powitał mnie komunikatem (nie po raz pierwszy, ale nigdy nie zwróciłam na niego uwagi) : "Zdjęcia z Twojego bloga mają własny album w witrynie Picasa Web Albums. Obejrzyj je." Dziwnie to zabrzmiało, takie spersonifikowane, zdjęć już się po prostu nie ma, one też mogą mieć coś własnego. Jakby to było coś, z czego mam być dumna, typu "Twoje dziecko ma swój obrazek na wystawie szkolnej" albo "Książka, którą napisałaś, doczekała się recenzji w gazecie". W każdym razie zajrzałam. Nie widzę różnicy między jednym aparatem a drugim, w ogóle nie widzę żadnej różnicy między zdjęciami, większość jest za ciemna, wszystkie podobne, chyba przez te trzy lata niczego się nie nauczyłam. Omletu w sumie też się nie nauczyłam. Za to torty zaczynają wychodzić mniej krzywe. 


W artykule o kuchni australijskiej znalazłam linka do serwisu z ichnią kuchnią i spędziłam trochę czasu przeglądając go (tak, przejrzałam CAŁĄ stronę. Potrafię); znalazłam różne ciekawe rzeczy, sos z kiwi, bułki z winogronami i rozmarynem albo samosy z chleba, oraz poniższą sałatkę:




1 awokado (robiłam z pół porcji, i dobrze)
puszka kukurydzy, odsączonej
szalotka
garść natki pietruszki (w oryginale kolendra)
2 łyżki soku z cytryny
sól i biały pieprz (mój dodatek)


Jak zapewne się domyślacie, awokado wyjąć ze skórki, pokroić wymieszać, podać. 


To nie jest zła sałatka. Właściwie smakowała wszystkim, poza mną. Musiałam ją dosolić, bo inaczej się nie dało, dodałam pieprzu i była znośna, ale kukurydza w takiej ilości to dla mnie gruba przesada. Trzy razy za gruba. Najlepsze jest to, że pasuje do awokado i nie za bardzo mam pomysł, czym by ją można zastąpić. Groszkiem pewnie, ale czy to nie będzie smakować jak groszek w majonezie?


Jestem chwilowo zniechęcona do kuchni australijskiej.

koktajl i sałatka

Żyję! Gubię tylko wszystko, a mój komputer umiera. Udało mi się znaleźć bluetooth i zmusić go do współpracy, więc pojawiam się z powrotem. W zamian za to siadł mi czytnik kart. Ech.

Asieja zainspirowała mnie do wykorzystania śliwek z ogrodu; przypomniałam sobie, że bardzo lubię sok śliwkowy i może w koktajlu będą jadalne... Jej wersja zawiera jogurt, śliwki i banan, moja jabłko, śliwki, banana i jakiś anonimowy sok. A może wodę mineralną?
 



1 banan
1 jabłko
szklanka wypestkowanych śliwek
gałka muszkatołowa, cukier i cynamon
do rozcieńczenia: sok lub woda mineralna (u mnie to chyba była jednak woda)

Ładnie zmiksować i posypać cynamonem:)



 Ostatki pomidorów wykorzystuję na surowo. Te żółte są słodko-kwaśne i nadają się do jedzenia bez żadnych dodatków; lubię polewać je oliwą, posypywać pieprzem i ziołami. Albo, tak jak tutaj, cienko pokrojonym, usmażonym "na bekon" wędzonym tofu:




Piję gorącą czekoladę do każdego śniadania.
Blogger wreszcie wpadł na to, żeby można było dodawać po kilka zdjęć na raz! Wow! Gratulacje dla bystrych umysłów! Również za to, że różne usługi Google najpierw nie były ze sobą kompatybilne i trzeba je było dodawać ręcznie, a potem bez uprzedzenia zostały zintegrowane, więc przez jakiś czas działały sobie podwójnie, a przy zmianie szablonu wywalono te stare nie powiadamiając o tym wywalającego ani nie mówiąc mu, że może je znaleźć gdzie indziej, bo w międzyczasie je zintegrowano. Wszystko już naprawiłam, ale wkurw został. Zaczynam lubić Facebooka, który traktuje mnie na każdym kroku jak dziecko i każe potwierdzić, że zrozumiałam straszliwie wielkie zmiany typu zamianę "zostań fanem" na "lubię to". Przynajmniej mówi, co robi.

środa, 8 września 2010

ALT, kanapka z awokado

Klasyczna kanapka amerykańska to albo masło orzechowe z dżemem, albo BLT - bekon, sałata i pomidor. Lubię zastępować w niej mięso awokado, ponieważ jest bardzo kremowe i tłuste i nadaje przez to odpowiedni posmak bułce:)


Polałam ją słodkim sosem chili i sosem teriyaki. Kiedy ją robiłam pomyślałam, że byłaby to idealna kanapka do szkoły i w tym momencie uderzyłam głową o kant szafki - faktycznie, awokado w szkole to zły pomysł, sczernieje i zgorzknieje, masz rację szafko, że mi o tym przypomniałaś.

Kupiłam też bardziej niż przyzwoitą gorącą czekoladę w proszku. Tak tylko, żeby mi smucić się jesienią. Staram się nie pić jej częściej niż raz dziennie, żeby na dłużej starczyła, ale ciężko mi idzie:)


Czekolada jest klasycznie gotowana w rondelku i o ile na początku wydaje się, że będzie płynna, to w filiżance szybko gęstnieje i kiedy osiągnie temperaturę picia przypomina już taką kawiarnianą:


Zdecydowanie mniej z nią roboty niż z domową:) Wybrałam właśnie tą, bo w składzie miała nie tylko kakao, jak większość, ale także masę kakaową. Faktycznie, czuć.


 Korzystam też z resztek słońca, wybierając się na mniej lub bardziej odległe pikniki. Śniadania na dworze tak szybko odchodzą...


Trójkąty pomidorowe ze świeżym chili (idealny dodatek), pół gotowanej kukurydzy z oliwą i solą oraz ogórek kiszony. Ogórki fantastycznie komponowały się z trójkątami:)

środa, 1 września 2010

co lubię

Wczoraj był Dzień Blogów i z tej okazji zabawy z nagrodami, ale ja włączyłam komputer dopiero po 23 i i tak bym nie zdążyła, wobec tego kontynuuję zarażanie w dniu dzisiejszym:)  Wydaje się, że były dwie odmiany tegoż, więc powołam się na tą obszerniejszą:)

1) Kto przyznał ci nagrodę? Dużo osób:

mathildaa
mnemonique
Patrycja Antonina czyli feetonhorizon
gotowanie.net.pl

2) 10 rzeczy, które lubisz. Naprawdę ciężko nad tym myślałam:) Jak wybrać 10 rzeczy z tysiąca... w końcu wzięłam po jednym z każdej kategorii:

  • Nicka Cave i Amandę Palmer
  • zapach zielonej herbaty - na wszystkim, jako jedzenie, świeczki, perfumy, odświeżacz powietrza, cukierki czy pranie
  • koktajl z awokado
  • słuchanie deszczu za oknem - kiedy pada wyłączam muzykę i patrzę na bąbelki na ulicach. W ogóle lubię patrzeć na wodę.
  • jeżdżenie autobusami. Właściwie wszystkim, ale autobusami najbardziej.
  • Tor saneczkowy na Malcie:)
  • stawianie tarota
  • Investigation Discovery
  • fioletowe sukienki
  • filmy Gusa van Santa

3) 10 blogów, które polecasz. Po ciężkim wzdychaniu wybrałam co następuje:

elo lala - jakoś go lubię, pewnie za ekologiczną dziewczynę, która rozszerzyła mój imprezowy repertuar strasznych piosenek
zamykaną i otwieraną ponownie łączkę kłapouchego
Fast Food Eaters, mimo że nie recenzują gotowych pierogów, czyli mojego ulubionego fastfoodu
I can't believe it's vegan, ano
I love tofu, bo dostałam od niej dżem cytrynowy i przepis na niego, a do dziś nie chce mi się go zrobić i liczę na to, że jeszcze trochę wycyganię:)
więcej yofu, no bo jak nie
nowy blog reasons not rules, żeby się dobrze rozwijał:)
Hello Morning, bo się fajnie nazywa:)
xvegeliciousx, bo też ciągle robię muffinki (oraz ciastka, i teraz muszę sprzedać na Allegro półkę spódnic, w które już się nie mieszczę. Może ktoś chce cały worek, przynajmniej 10 sztuk, rozmiar 38?)
Alchemia Zdrowia, dobrze się czyta i podaje ciekawe informacje.


Naprawdę, czytam tylko blogi kulinarne:)

wtorek, 31 sierpnia 2010

Kawa czy herbata?

Zbierałam się do tego posta od dłuższego czasu, ponieważ najczęstszym argumentem ludzi, którzy nie jedzą śniadania jest nie to, że nie mają czasu, tylko to, że... mają ściśnięty żołądek od rana i nie są w stanie nic zjeść. Dziwne. Piją więc. Najczęściej kawę z mlekiem, jeszcze do tego słodzona, która jest najgorszym wyborem z możliwych. Dlaczego? Jest mnóstwo powodów:

symbol niewinnie wyglądającego zła

- kawa na pusty żołądek idealnie wspomaga zgagę i wrzody żołądka, zarówno w powstawaniu, jak i podtrzymywaniu
- kawa z mlekiem wypłukuje minerały z organizmu! Mleko wcale nie jest dobrym źródłem wapnia, nadmiar białka w diecie powoduje jego złe przyswajanie, do tego kawa wypłukuje wapń i magnez, jednym słowem jeżeli masz powody bać się osteoporozy, wywal ją z diety natychmiast
- o wpływie cukru mlecznego oraz zwykłego na zęby, zazwyczaj umyte PRZED wypiciem, chyba nie muszę się rozpisywać
- ostatnie jest subiektywne, ale powiązane z pierwszym - kawa na pusty żołądek powoduje u mnie przynajmniej paskudny oddech przez resztę dnia, którego trudno się pozbyć

Wszystkim osobom ze "ściśniętym" żołądkiem polecam wypicie po przebudzeniu szklanki wody w temperaturze pokojowej - zawsze działa, a jeżeli nie działa, możecie dodać soku z cytryny i wtedy musi podziałać. Nie wolno wychodzić z domu bez jedzenia!!!

Koniec morału.



Piję czasami kawę, jak widać, ale zawsze do obfitego, długiego śniadania i nigdy jako jedyny napój, tylko zazwyczaj w połączeniu z wypitą wcześniej wodą lub sokiem. Jako alternatywę proponuję kawę zbożową, z której da się zrobić bardzo smaczne latte, albo odkrytą niedawno przeze mnie kawę żołędziową. Kojarzyła mi się ona tylko z opowieściami mojego ojca (nawet nie dziadka) na temat mitycznych pokarmów wojennych jedzonych jak nic nie było, obok marmolady z buraków i chleba z marchwi. Wszystkie te specjały wypróbowałam i nie wydały mi się specjalnie odrażające (poza tym, że marmolada buraczana jednak smakuje surowymi burakami, a ja mam z nimi na pieńku), a kawa żołędziowa zasmakowała mi strasznie; smakuje trochę jak orzechy włoskie, jest słodkawa i intensywna w smaku. W poznańskiej Ekowiarni robią z niej pyszne cappucino, tak więc wszystkim ciekawskim, ale ostrożnym polecam wybranie się tam zamiast kupowania paczki w ciemno.


Co ciepłego i rozgrzewającego zamiast kawy? Można spróbować gorącej czekolady, chociaż nie do wszystkiego pasuje. Ja kocham czekoladę i ma blogu opisywałam różne próby odtworzenia w domu takiej gęstej, kawiarnianej, które zakończyły się jakiś czas temu sukcesem - problem w tym, że w międzyczasie odzwyczaiłam się od jej smaku i nie pociąga mnie teraz tak, jak kiedyś. No, ale oczywiście najważniejszym napojem śniadaniowym jest i będzie...

HERBATA

czarnej nienawidzę. Jest gorzka, cierpka, gorzka i jeszcze raz niedobra. W połączeniu z cukrem robi się słodko-gorzka i lepko- cierpka. Toleruję z dwóch postaciach, pieprzowej oraz jako bazę do Masala Chai. Tą drugą piję bardzo często i o każdej porze roku, a przyczyna jest prozaiczna - znam tylko jedną osobę, która po spróbowaniu nie wpadła w nałóg jej przyrządzania, ale to kosmitka, bo nie lubi cynamonu. Powyższe herbaty piję, z nieodgadnionych powodów, zazwyczaj z goframi.

Na szczęście na Sadze czy Liptonie świat się nie kończy, co uzmysłowiła mi moja koleżanka, pracująca kiedyś w sklepie z herbatą - miałam wtedy bardzo dużo czasu i spędzałam go "pomagając", czyli głównie znosząc z półek słoiki, otwierając je i wąchając. I tak poznałam



zieloną. Ma milion rodzajów! Jest chińska Sencha, ta którą wszyscy kojarzą jako zieloną herbatę, sama lub z milionem dodatków, może być fermentowany Oolong, który ponoć dostępny był w PRL i dlatego nikt go nie lubi, może być gunpowder, wielkie zwinięte liście rozwijające się w kubku, czasami dość widowiskowo, ale ja najbardziej lubię japońskie niedostępne zwykłym śmiertelnikom (rozpieściły mnie pielgrzymki znajomych do Japonii, praktycznie co pół roku ktoś stamtąd wraca z prezentami). Lubię matchę, zielony proszek używany do gotowania i w trakcie ceremonii herbacianej. a na co dzień przez Japończyków nie pitą, bo wolą słodszą Senchę, która pachnie (mi) szpinakiem albo delikatną Banchę. Lubię też herbatę z prażonym ryżem, gorzką i orzeźwiającą, idealną na rano, bo parzy się w 30 sekund i świetnie smakuje z kanapkami, podobnie jak Oolong, szpinakowa zaś jest absolutnie uniwersalna, podobnie jak jej chiński odpowiednik, za to nie smakują mi zupełnie w wersji słodzonej. Są jeszcze dwie różne herbaty czerwone:

pu-erh którą piją praktycznie tylko odchudzające się panie, bo śmierdzi niemożebnie (jej opis powierzyłabym poetom -bitnikom, tylko oni mają wg mnie kwalifikacje do używania takich skojarzeń), występuje też z dodatkami i jest całkiem smaczna, więc jeżeli ktoś ma katar, to polecam któryś z wariantów cytrusowych. Z tego też powodu nadaje się tylko do picia z absolutnie pozbawionym aromatu jedzeniem, na przykład sałatką z zieleniny na krakersach ryżowych.

zupełnie inny jest rooibos, technicznie nie będący herbatą, słodki, aromatyczny napar przywodzący na myśl wszystko, co dobre, przez co jest moją ulubioną herbatą śniadaniową. Nadaje się do rzeczy ostrych i kwaśnych, z mocno słonymi na problem, więc parówek sojowych bym tym nie popijała.



Mamy jeszcze niezliczone herbaty owocowe i ziołowe, z których najbardziej lubię miętową, porzeczkową, jagodową, brzoskwiniową, lipową i szałwiową  - piję je właściwie tylko do śniadania, albo jako samodzielną "zakąskę" - są po prostu tak aromatyczne, że idealnie nadają się walkę z podjadaniem, trudno je zaś dopasować do jakiegoś konkretnego jedzenia.

Na zakończenie japońska (a jakże) ciekawostka - koncentrat słodkiej, zielonej herbaty (pachnie mi trochę brzoskwiniami) do przyrządzania ice tea.



Miesza się to z mlekiem i lodem i powstaje coś, co u nas sprzedaje się jako latte, jest bardzo smaczne, orzeźwiające i najzupełniej do odtworzenia za pomocą zwykłej zielonej herbaty i dużej ilości cukru. Napój jest jasnozielony, ale nie da się tego złapać aparatem.


A wy czym popijacie śniadanie? Macie skłonność do picia zamiast jedzenia od rana?

niedziela, 29 sierpnia 2010

Tofu i pomidory

Przejrzałam ofiarnie całego bloga, bo nie chciało mi się wierzyć, że tego przepisu tu nie ma, ale jednak - nie ma. Dla mnie to nie jest proste danie, ponieważ kojarzy mi się z traumą z dzieciństwa, ulubionym śniadaniem mojej mamy - jajecznicą z pomidorami. Ja jajecznicę jadłam tylko i wyłącznie suchą jak wiór (jajka na miękko tak samo nie tykałam, nie mówiąc już o sadzonym, z rozlewającym się żółtkiem...fuuj), więc mokre, ociekające sokiem, nie do końca ścięte jajko było dla mnie definicją koszmaru. Przez lata nie przyszło mi do głowy smażenie pomidorów i dopiero kiedy jajecznicę zastąpiłam sojecznicą (przepraszam, ale tofucznica brzmi dla mnie jak tfu!) i odkryłam, że smażone tofu zyskuje, a nie traci na dodaniu mokrych składników, odważyłam się wrzucić pomidory na patelnię i od tego czasu robię to w miarę często. Tak więc przedstawiam zwycięską walkę z traumą, sojecznicę pomidorową:


1/3 kostki wędzonego tofu (może być też zwykłe)
1 duży, dojrzały pomidor
1 mała szalotka
łyżeczka sproszkowanego nori (można pominąć, ale wg mnie dodaje smaku pomidorom)
łyżeczka sosu sojowego
szczypta kurkumy
szczypta białego pieprzu

Pomidora kroimy w kostkę i razem z sokiem przekładamy do miseczki, do której wkruszamy tofu. Na patelni rozgrzewamy łyżeczką oliwy z kurkumą i kiedy zacznie się smażyć, dodajemy posiekaną szalotkę, którą smażymy na złoto. Wrzucamy na patelnię zawartość miseczki i smażymy do odparowania. Posypujemy pieprzem i nori, polewamy sosem sojowym i smażymy jeszcze chwilę. Gorącą solimy do smaku.

Bardzo dobra na tostach, ryżowych krakersach i chlebkach Wasa, zjedzenie z goframi grozi kompletnym zapchaniem się na najbliższe pół dnia.

Ten post bierze udział w akcji "Smacznie i pomidorowo"

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Grzanki i pomidory

Jak napisałam w poprzednim poście, najchętniej żywiłabym się teraz samymi pomidorami. Ubolewam i walczę ze swoją skłonnością do niejedzenia zieleniny oraz twardych warzyw na surowo (np marchewka), ale o ile w tej pierwszej kwestii udało mi się sobie przetłumaczyć szpinak i pietruszkę,w tej drugiej nie odnosze sukcesów. W każdym razie: chleb i pomidory, w sałatce.



Grzanki zrobione z trzech skibek chleba, posypane w trakcie prosukcji estragonem i oregano, dwa średnie pomidory pokrojone w kostkę, pół pomarańczowej papryki, pół zielonożółtej papryki i troszkę niezwykle jadowitej cebulki. Całość skropiona octem balsamicznym i sosem sojowym, zaprawiona małą ilością soli i dużą ilością pieprzu. Pycha:)

sobota, 14 sierpnia 2010

Gofry na słodko i słono

Lubie umawiać się na śniadania, to takie pozytywne, oznacza, że masz od rana czas i ochotę na spotkania z innymi, nie musisz biec na złamanie karku ani martwić się o to, co nieważne. Czasami umawianie się ma charakter przypadkowy, na przykład ostatnio spotkałam moją siostrę przed telewizorem i postanowiłyśmy zrobić gofry:)


Gofry miały być uniwersalne, dla niej z lodami, dla mnie w roli bruschetty, więc wybrałam kukurydziane z Vegan Brunch - to był mój pierwszy przepis z tej książki, a wydaje mi się, że mam ją od lat:)  Sprawdziły się idealnie, pierwsze były nieco za miękkie, ale potem zagęściłam ciasto i było już bardzo ok.


Moja siostra zjadła je z lodami toffi i posypką czekoladową, ale stanowczo odmówiła zrobienia im zdjęcia tłumacząc, że ich wygląd obraża jej poczucie estetyki:) Był też (na zdjęciu w zamkniętym słoiku) kandyzowany arbuz w syropie. Moje polałam oliwą czosnkową, obłożyłam pokrojonymi w kostkę pomidorami z solą i pieprzem, czosnkiem z rzeczonej oliwy oraz świeżą, słodkawą papryką:


Było dość zimno, więc do picia wybrałyśmy gęste i słodkie Masala Chai:


W podanym linku jest przepis, ale jakiś czas po jego opublikowaniu dostałam od koleżanki dwa opakowania oryginalnej indyjskiej mieszanki firmy Yogi Tea: składa się z samych przypraw, co mnie cieszy, bo nie przepadam za czarną herbatą. Z minusów - wymaga gotowania przez pół godziny, więc zazwyczaj wstawiam ją rano, po ugotowaniu dodaję (na litr) dwie łyżki cukru i zamiast mleka skondensowanego, podwójną porcję sojowego mleka w proszku, co daje taki sam rezultat. Pyszne nie tylko na zimne dni, doskonale ożywia i wprawia w błogi nastrój:)

piątek, 13 sierpnia 2010

Bento z wypiekami

Uwielbiam lato. Słońce sprawia, że jestem szczęśliwa. Tak szczęśliwa, że nic mi się nie chce, nie zamierzam się ruszać, ani tym bardziej czegokolwiek wymyślać, bo tak jak jest, jest wspaniale. Zaprojektowanie kubka dla mojej koleżanki zajęło mi tydzień, listów motywacyjnych dla innej nadal nie mam, bo cierpi na tę samą przypadłość i nawet nie chce nam się umówić. Jeżeli zimą zapada się w sen zimowy, to latem na kontemplację letnią; piasek na plaży mogę oglądać tygodniami. O dziwo, lubię bardzo pracować latem, w sezonie powszechnie uznawanych za urlopowy, i wychodzi mi to o wiele lepiej niż na przykład w marcu, który po prostu przesypiam mentalnie. Nie mogę planować robienia niczego poważnego na wiosnę i lato, całą energię zabiera mi najpierw jechanie na resztkach baterii z zeszłego roku, a następnie ładowanie ich na jesień i zimę.

To, w skrócie, powód, dla którego od pół roku pisze trzy razy rzadziej, niż normalnie. Musicie poczekać na Wielkie deszcze, wtedy się zacznie.

Wiem, że lato to sezon dla wegan, ale ja najchętniej żywiłabym się tylko pomidorami, surowymi. Robię sałatki, surowe sosy i gazpacho, ale z sentymentu kupiłam to ostatnie w kartoniku (nawet specjalnie poszłam szukać go w Lidlu po tym, jak zauważyłam tydzień hiszpański w gazetce), bo żywiłam się nim cała hiszpańską jesień. Do kartonika dołączyły dwie bułki i kiedy siedziałam z bratem w parku, konsumując, zaczęłam się zastanawiać: jak długo można przeżyć na samym gazpacho i chlebie? Chętnie spróbuję:)


Pomidory towarzyszą mi też w pracy i w podróży. W tym uroczym pudełku znalazły się: specjalnie uchowany od skrytożerców kawałek tarty cebulowej, pomidory z nori i kilka hmm... przysięgam, nie ma na to nazwy... słonych ciastek z jabłkami i majerankiem, o których pisałam już wcześniej. Oba wypieki mają korzenie w Vegan Brunch, ale wyemigrowały z niego kilka pokoleń przepisowych temu i osiedliły się na dobre w polskiej kuchni:) Bazowym pomysłem do tarty było Caramelized Vidalia Onion Quiche, tyle że nie chciało mi się (tak, nie, że nie miałam, nie, że eksperymentowałam - nie chciało mi się) kupować tyle tofu, więc przewróciłam stronę i ściągnęłam pomysł na nadzienie z tarty fasolowej. Całość pyszna, ma niesamowite powodzenie, ogólnie polecam:) Jakiś czas temu odkryłam połączenie nori+ pomidory; sproszkowane wodorosty wydobywają z tych kochanych owoców-warzywek naturalny smak i nie trzeba ich nawet solić, a jak wiadomo, sól powoduje puszczanie soku, przez co komplikuje zabieranie krojonych pomidorów w podróż. Za to biały pieprz przydaje się w każdej sytuacji:)



Ciastka powstały na bazie przepisu z Vegan Brunch, a właściwie dwóch przepisów na scones. Książka podaje przy klasycznych, słodkich scones wariant z jabłkami i rozmarynem, który został ochoczo wypróbowany, pozytywnie oceniony i jest dobrze wspominany do dziś. Ta kombinacja przypomniała mi o jednym z moich ulubionych dodatków do obiadu, czyli jabłkach duszonych z karmelizowaną cebulką i rozmarynem (moja mama stwierdziła złośliwie, że robi to zawsze do wątróbki. Złośliwie, bo nie znoszę wątróbki, i pewnie nie jadłam wtedy obiadów, więc jabłek pewnie też nie.) Urocza wizja słonych scones z kawałeczkami jabłek, chrupiącą cebulką i aromatem majeranku zawładnęła mną kompletnie, więc zrobiłam, wykorzystując jako bazę przepis na trójkąty pomidorowe. Wszystkim smakowały, mnie też, ale nie są takie, jak sobie wyobrażałam; niemniej jednak przepis podaję, może wam się spodoba (a nawet zachwyci, jeżeli nie stworzyliście najpierw w myślach platońskiego ideału tego wypieku):

3 szklanki mąki
2 łyżki proszku do pieczenia
2 łyżki cukru
2 łyżki rozmarynu
1/2 łyżeczki soli + duża szczypta do smażenia
1/2 łyżeczki czarnego pieprzu
łyżeczka octu winnego
1/3 szklanki oliwy z oliwek
duża cebula lub 2 mniejsze
3 małe jabłka lub dwa średnie, najlepiej mięsiste i kwaskowate; nie mogą puścić za dużo soku
woda jako awaryjny wspomagacz duszenia (jeżeli znacznie przywierać) albo do ciasta

Zaczynamy od obrania i pokrojenia w kosteczkę jabłek. Na kawałki tej samej wielkości kroimy cebulkę. Na patelnię wylewamy połowę oliwy, rozgrzewamy, dodajemy majeranek i pieprz i natychmiast zmniejszamy ogień; kiedy zapach majeranku rozejdzie się po kuchni dodajemy cebulkę i chwilkę smażymy, aż się zezłoci; teraz dodajemy jabłka, dodajemy szczyptę soli, mieszamy, przykrywamy i zostawiamy na 10 minut, żeby się udusiło i przesiąkło własnym aromatem. Resztę oliwy mieszamy z octem i roztrzepujemy. W misce mieszamy mąkę, proszek, cukier i sól, dodajemy mieszankę oliwy z octem i mieszamy, żeby powstało luźne ciasto; można dodać trochę wody. Dodajemy wystudzone jabłka z patelni, porządnie mieszamy i formujemy ciacha - ja użyłam łyżki do lodów, którą nakładałam porcje na blachę. Pieczemy 15-20 minut w 200 stopniach. Trzymają się do tygodnia.


Oprócz wyżej wymienionych produktów upiekłam też słynne bułeczki drożdżowe z rodzynkami jako zapas śniadaniowy dla mojej koleżanki. Tym razem użyłam świeżych drożdży, kierując się znalezioną gdzieś w internecie instrukcją 1g suchych =3 g świeżych drożdży. Wyrosły o wiele lepiej, chociaż faktycznie trochę bardziej się lepiły; wychodzi na to, że będę jednak używać tradycyjnie rodzimych produktów.



Pieczenie latem wcale nie jest tak upiorne jak się wydaje!:) Sekretem jest nieopuszczanie kuchni tak, żeby nie zdawać sobie sprawy z panującego tam gorąca :D

piątek, 6 sierpnia 2010

Remont!

Jak widać na załączonym obrazku, po półtora roku wreszcie zmieniłam szablon. Dostałam w prezencie nowe logo od niesamowicie utalentowanej Zuzy Papli - z niesamowicie ogólnikowych wskazówek (eee no, to ja bym chciała takie zielone i trochę w stylu starych reklam, takie jak pin up girls i podoba mi się to logo, tyle że oczywiście moje musi być na odwrót) zrobiła małe internetowe dzieło, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna.Cały szablon został też poszerzony i w związku z tym mam pytanie: czy jest jakiś sposób na przeskalowanie starych zdjęć? Były dodawane duże i blogger przycinał je wg gustu, a teraz są zdecydowanie za małe. Będę wdzięczna za wskazówki.
Dodałam z boku linka do FAQ - nie ma go jeszcze, ale link już jest i wisi na moim sumieniu - oraz przyciski do oceniania przepisów pod każdym postem, zachęcam do korzystania, to tylko jedno kliknięcie:) Można też podzielić się linkiem na serwisie społecznościowym. Zastanawiałam się nad założeniem blogowi strony na Facebooku, ale na razie nie widzę dla niej zastosowania. Uaktualniłam listę czytanych blogów do stanu rzeczywistego i to by było chyba na tyle. Mam nadzieję, że wam się podoba - wszelkie uwagi mile widziane:)

sobota, 31 lipca 2010

Ekspresowa zapiekanka: chleb i jagody

Zainspirowały mnie przeczytane wczoraj przepisy na pudding i zapiekankę - wydały mi się idealne na sobotnie śniadanie. Wzięłam suchy chleb, mleko sojowe i jagody. 

 

Namoczyłam 3 skibki chleba bez skórki w gorącym mleku; dodałam do niego aromat rumowy i troszkę sztucznego miodu. Wysmarowałam olejem naczynie, ułożyłam warstwę chleba, na to warstwę jagód, resztę chleba, posypałam cynamonem, cukrem i odrobiną mleka w proszku, żeby uzyskań chrupiącą skórkę (tak mi się w każdym razie wydawało). Wsadziłam do mikrofalówki...


... i wyjęłam po 4 minutach na 700W, co okazało się być za mocne i jagody znalazły wyjście na zewnątrz:


Polałam całość sosem ze świeżych malin i poczekałam aż ostygnie. Było jeszcze lepsze niż planowałam:)

piątek, 16 lipca 2010

Makadamia, sałatki i inne drobiazgi

To będzie zbiorowy post na temat moich nikłych aktywności kulinarnych w ostatnim czasie. Najpierw jednak poskarżę się jak bardzo, strasznie, nie do wytrzymania wścieka mnie nowy szablon edycji posta w bloggerze! Włączyłam go przez przypadek i teraz użeram się z każdym zdjęciem dwadzieścia razy bardziej niż poprzednio; poprzesuwanie ich jest trudne a dopisanie tekstu między załadowane najpierw zdjęcia- niemożliwe. Czy ktoś wie, jak mogę przywrócić starą edycję?

Orzechy makadamia. Kto jadł? Dużo o nich słyszałam, że są bardzo miękkie, kremowe, że mają dużo tłuszczu, więc trzeba je trzymać w odpowiednich warunkach (bo zjełczeją), że są idealne w ciastkach, w deserach, w sosach... No więc kupiłam. Solone, jak się okazało - nie mam w zwyczaju urządzać sobie "darmowych próbek" w supermarketach, więc nie wiedziałam. Nie smakują mi zupełnie: owszem, są dośc kremowe, ale nerkowce też, a dla odmiany nie smakują jak stare masło i chrupki orzechowe. Nie jest tak źle jak z pekanami, które uznałam za większą i droższą wersję orzechów arachidowych, ale na pewno nie staną się moimi ulubionymi. Bez szkody dla smaku będę je zamieniać na nerkowce, moje orzechy nr 1.

Teraz jedzenie. Jeżeli jem coś obfitszego na śniadanie (a nie, tak jak wspomniałam w poprzednim poście, przekładam całego treściwego jedzenia na po zachodzie słońca) to jest to sałatka, często typu panzanella. Np. taka: złote tofu, pomidory, grzanki i ocet balsamiczny:








Czasami, kiedy znudzą mi się grzanki z zeschłego chleba, produkuję własne pieczywo, głównie na bazie przepisów z Vegan Brunch. Tutaj przepiękne, śliczne, i trochę za "zdrowe" ponieważ użyłam mąki żytniej (co spowodowało, że 1) długo się trzymały 2) wiem to bo nikt ich nie jadł garściami) ciacha kukurydziane w trakcie produkcji:







śliczne, prawda? Zrobiłam też kilka razy różne scones, z czego najbardziej zasmakowała mi i przyległościom wersja z jabłkami i rozmarynem. Na bazie tejże postanowiłyśmy z koleżanką wyprodukować wersję duszone jabłko-smażona cebula - majeranek; podam przepis jeżeli zdecyduję się wypróbować i okaże się jadalne.


Na koniec podam mój patent na poranna kawę, a mianowicie: filiżanka espresso (lub 50 ml zrobionej mocnej kawy rozpuszczalnej) wymieszane z łyżeczką cukru trzcinowego, kroplą syropu anyżowego i dopełnione mlekiem oraz, w wariancie ogrodowym, kostkami lodu. Proste a robi niespodziewaną furorę, można by pomyśleć, że ludzie pierwszy raz piją kawę z syropem. Szczerze polecam, lepsze od wariantu z syropem miętowym, tylko nie przesadźcie z syropem: kropla na szklankę jest po prostu idealna.

środa, 14 lipca 2010

Majonez

Nie wstaję rano. Nie robię śniadania: zjadam od razu zupę albo po prostu kilka warzyw i owoców. Nie mam za dużo przepisów do zaoferowania w związku z powyższym, ale coś się znajdzie:) Na przykład majonez. Domowy majonez wegański, prosty w przygotowaniu, mi niestety wyszedł bardzo płynny, ale wydaje mi się, że to kwestia temperatury: bardzo się nagrzał w czasie mieszania, następnym razem wszystko dokładnie schłodze i zobaczymy. Użyjcie najmocniejszego miksera, jaki macie, ja robiłam go w blenderze koktajlowym. Przepis pochodzi z Big Raw Vegan Blog:


Zmiksować razem na szybkich obrotach, przez przynajmniej 30 sekund, aż zgęstnieje:

1 1/4 szklanki oleju
pół szklanki mleka sojowego
1/4 łyżeczki octu jabłkowego (dodałam po prostu kilka kropel)
łyżka soku z cytryny
pół łyżeczki soli


Można dodać różne przyprawy w trakcie miksowania. Potem bierzemy taki majonez smarujemy pomidora i jest śniadanie? jest:)
Miłego prażenia się na plaży;)
Ranking i toplista blogów i stron