poniedziałek, 15 marca 2010

domowa pasta migdałowa

Kiedy byłam w Hiszpanii zajadałam się słodką pastą migdałową ze słoika - Almendriną - i postanowiłam sobie taką zrobić, mając w pamięci listę składników, a mianowicie migdały i syrop glukozowy:) Moja wersja powstała z płatków migdałowych, które uznałam - może niesłusznie - za najłatwiejsze do zmiksowania na pastę. Rezultat, jak widać, nie jest specjalnie gładki i kremowy, jest też go strasznie mało, ale jaki dobry:) Na tosty francuskie będzie jak znalazł.


100 g płatków migdałowych
3 łyżki glukozy w proszku
2 łyżki mleka sojowego w proszku
6 łyżek gorącej wody
2 łyżki oleju (im bardziej bezsmakowy tym lepiej)

W misce wymieszać glukozę i mleko, zalać gorącą wodą i szybko rozetrzeć takim czymś do rozcierania sosu beszamelowego (tzn ja tylko tym celu go używam - chodzi o tą drewnianą gwiazdkę o stu nazwach). Dodajemy migdały i olej, mieszamy i blendujemy powoli i cierpliwie na gładką masę. Jeżeli ktoś ma wolne popołudnie i ćwiczy medytację to może rozetrzeć w moździerzu i prawdopodobnie wyjdzie lepsze i gładsze.

Malutko tego, ale w końcu słodyczami obżerać się nie należy:)

sobota, 13 marca 2010

Pyszny zielony omlet - historia ku pouczeniu młodych kucharzy



Kuchnia Wielkanocna 2010


Od dawna miałam ochotę zrobić śliczny, żółciutki omlet z Vegan Brunch, ale kiedy przychodziło co do czego zawsze nie miałam połowy składników, przede wszystkim jedwabistego tofu, które było wymieniane jako niezbędne. W końcu pragnienie zjedzenia omletu wygrało i przystąpiłam do poszukiwania potrzebnych produktów po szafkach:

Tofu było, odmiana oczywiście twarda, ale dość miękkie, więc doszłam do wniosku, że się nada. W przepisie było prawie pół kilo, ale po co mi cztery omlety - wzięłam pół kostki. Drugim problemem był brak mąki z cieciorki, następnego niezbędnego składnika, który normalnie pałęta mi się po szafce, ale tym razem zniknął na dobre (puszka była pusta). No więc. W obliczu braku kurkumy oraz soli jajecznej wyszło na to, że równie dobrze mogę odłożyć książkę, co zrobiłam, i wyjąć wszystko z lodówki.

Znalazłam pół szklanki zielonej soczewicy. Soczewica ładnie się miksuje i lepi - dajemy. Znalazłam przesolone pesto - dajemy. Sos tabasco - pewnie. Do tego trochę papryki i mąka ziemniaczana i już można miksować.

Zblendowałam wszystkie składniki (poza mąką) na gładką masę, po czym uznałam, że to jest za gęste (moje doświadczenie - nie wiem, jak wasze - mówi, że im gęstsze ciasto, tym gorzej się smaży) i dodałam wody. Wymieszałam z mąką. Znowu dodałam wody. Zjadłam trochę i dodałam więcej sosu tabasco. Ilość masy podwoiła się w tajemniczy sposób.

Sięgnęłam do książki po instrukcje smażenia, posmarowałam nieprzywierająca patelnię cienką warstwą oliwy, włączyłam mały ogień i wrzuciłam połowę masy. Natychmiast zaczęło się smażyć, nie dając mi czasu na rozprowadzenie masy, więc delikatnie zaczęłam zdejmować nadmiar i przekładać w puste miejsca, zalepiając masą z miski. Posłusznie odczekałam 5 minut, aż brzegi zbrązowiały a górna strona zaczęła się ścinać. Postanowiłam przewrócić.

Masakra. Ciasto było tak puchate i delikatne, że nie szło go ruszyć łopatką ani łopatą, mimo że nigdzie nie przywarło. W końcu zsunęłam je na talerz, odwróciłam na patelnię i chyba pierwszy raz w życiu wylądowało mi coś płasko, a nie złożone.

Postanowiłam uzbroić ciasto najlepszym wzmacniaczem jaki zna świat - bułką tartą. Sypnęłam chojnie, wymieszałam, znowu dolałam wody i w ten sposób uzyskałam nawet więcej masy niż na pierwszy omlet. Zsunęłam elegancko nieco zbyt brązowy eksperyment z patelni i wylałam resztę masy. Bingo. Nie przywiera, nie przysmaża się, daje się przewracać. Czas na konsumpcję:



Omlet bliżej to ten pierwszy, delikatniejszy - w konsystencji i w smaku. Prawie nie było go czuć. Wersja z bułką tartą wygrała na całej linii - chrupką, mięciutka i puchata, nie za słona, nie za mdła; o jakości tego przepisu może zaświadczyć to, że omlety nadziałam wędzonym tempeh (i sałatą, i świeżą bazylią, i ogórkiem konserwowym) i to nie ono było w tym wszystkim najsmaczniejsze.


Ostatecznie, prawidłowa lista składników na dwa pyszne, zielone omlety wygląda tak:

pół kostki (100g) kruszącego się w palcach tofu (po prostu musi być bardzo świeże)
pół szklanki ugotowanej zielonej soczewicy (brązowa też da radę)
2 czubate łyżki bułki tartej
2 płaskie łyżki mąki ziemniaczanej
ok 3/4 szklanki wody w temp. pokojowej
2 łyżki pesto
ząbek czosnku
sos tabasco, wędzona papryka, ew. sól (jeżeli pesto nie dosoliło samo z siebie) i oliwa (dodaj jeżeli ciasto się rozpada albo twoje pesto zawiera jej mało)

Pokruszone tofu, soczewicę, pesto, czosnek i przyprawy miksujemy blenderem na bardzo gładką masę. Dolewamy pół szklanki wody, bierzemy trzepaczkę i roztrzepując dodajemy bułkę i mąkę. Jeżeli ciasto jest za gęste, żeby swobodnie się je mieszało, dodajemy jeszcze trochę wody. Smarujemy nieprzywierającą patelnię oliwą i smażymy na małym ogniu ok 4 minuty z każdej strony.


Przepis dorzucam do akcji wielkanocnej, bo choć osobiście nie planuję wtedy omletów, to może ktoś się skusi. Za to teraz pójdę kombinować z produkcją słodkiego:)

sobota, 6 marca 2010

Sałatka meksykańska z polską nutą

Nieodwołalnie i niezaprzeczalnie idzie wiosna. Niestety, to polska wiosna, charakteryzująca się przymrozkami, nagłymi opadami gradu w słoneczne dni, wichurami, wyjątkowo zimnym słońcem i obowiązkowym nawrotem zimy w Lany Poniedziałek. Jak już pisałam, pierwsze symptomy wiosny powodują w moim ciele nagłe pragnienie zjedzenia młodych surowych warzyw, których jeszcze nie ma, i z tego powodu żywię się różnymi sałatkami z czym popadnie. Dzisiejsza miała mieć w sobie pomidory, ale w sklepie ich nie było, a na ich półce leżały jakieś bladopomarańczowe kule w kiściach, więc sałatka zyskała dodatkowy składnik w postaci czerwonej fasoli z puszki i w ten sposób została sałatką meksykańską z polskim akcentem w postaci ogórka kiszonego (świetnie komponuje się z awokado. Naprawdę!)


2 garście sałaty czy innego zielska bez smaku, które ma tylko tą zaletę, że jest zielone
1 dojrzałe awokado
1 słodka czerwona papryka
pół szklanki ugotowanej fasoli
tyleż pokrojonego w kostkę ogórka kiszonego - mi wyszły 4 małe
duży ząbek czosnku
sos tabasco, oliwa, sos sojowy
pieprz, wędzona papryka i suszona kolendra
opcjonalnie: prażona cebula, grzanki

Awokado, paprykę i ogórki kroimy w równą kostkę i mieszamy z warzywami, czosnek drobno siekamy (nie chcemy żeby cała lodówka wionęła, tylko żeby przy gryzieniu napotkać przypadkiem coś ostrego) posypujemy przyprawami, polewamy sosem sojowym, mieszamy, doprawiamy oliwą i sosem tabasco i odstawiamy do lodówki żeby się wszystko przegryzło. Bardzo to dobre do czegoś i z grzankami ze starego chleba też.


Chwilowo nie mogę załadować zdjęcia, więc pojawi się w przyszłości:)

niedziela, 28 lutego 2010

Sałatka wiosenna

Poszłam w sobotę od rana na targ, z powodu głębokiej potrzeby ugotowania zupy ze świeżych jarzyn natychmiast i w wielkim garze. Plan by się zapewne powiódł gdybym nie wyszła z domu o wpół do drugiej:) Brałam co było i w tej sposób do zupy zdobyłam jedynie kalarepkę, seler, małego kalafiora (krajowy było napisane, to uznałam, że się liczy), a reszta zakupów znajduje się tutaj:


1/3 kostki naturalnego tofu
majonez lub jogurt - użyłam pół kubka, które mi zostało po pomidorowym lunchu
4 rzodkiewki
pół ogórka, bez skórki
mała, zielona cebulka
szczypiorek, ilości dowolne
szczypta madras curry lub innego o gorzkawym smaku
szczypta suszonej mięty
łyżeczka płatków drożdżowych (możecie pominąć, ale wg mnie są ważnym składnikiem)
sól, pieprz

Siekamy tofu w drobną kosteczkę, mieszamy z majonezem/jogurtem i przyprawami, odstawiamy na chwilę, żeby się przegryzło. Siekamy w równie drobną kostkę ogórka , rzodkiewki i cebulkę, mieszamy z tofu. Posypujemy siekanym szczypiorkiem.


Prawdopodobnie uznacie mieszankę przypraw za egzotyczną, ale wszystko jest na swoim miejscu: curry dodaje orzechowego, gorzkawego aromatu nieco wodnistym warzywom i tofu (umówmy się, rzodkiewka w lutym nie jest specjalnie pikantna ani aromatyczna), płatki drożdżowe sprawiają, że jogurt smakuje jak sos, pieprz rozgrzewa porannie a mięta daje przyjemne wrażenie chłodu na języku - dokładnie tak jak przediowiosenne powietrze, kiedy skuszona słońcem otwieram okno i natychmiast zawijam się w koc , bo k** mać zimno.
;)

Pomidorowo

Zauważyłam, że z jakiegoś powodu z wczorajszego posta o ciasteczkach wycięło mi zdjęcie, więc wrzuciłam je ponownie. Miałam trochę kłopotów komputerowo-internetowych, więc nie udało mi się zamieścić postów wcześniej.

Wiosna!

Tak naprawdę nie powinnam lubić przedwiośnia, bo oszukuje mój organizm: słońce, wietrzyk i kawałki zieleni sprawiają, że zaczyna się domagać świeżych warzyw, których nie dość, że jeszcze nie ma, to nieświeże mają koszmarne ceny... W ten sposób po raz pierwszy od końca października kupiłam na targu pomidory. I szczypiorek. I pietruszkę, z którą nie wiem, co się stało... i parę innych rzeczy jeszcze. Mój organizm ostatnio gwałtownie domaga się nowych witamin, bo inaczej nie umiem sobie wytłumaczyć apetytu na płatki drożdżowe i nori. Lubię nori, ale bez przesady...


Oto przepis na pomidorowe coś: przypomina zupę, ale zupa śniadaniowa jest raczej słodka. Może być sałatką, z dużą ilością jogurtu. Może bardziej raitą... pomidorową raitą? Nie wiem. Jest pyszne. Spróbujcie, nawet jeżeli nie lubicie wodorostów, dodać sproszkowanego nori: idealnie komponuje się z pomidorami, aż żałuję, że nie wpadłam na to wcześniej.


Na 2 porcje:

2 średnie pomidory, umyte
kubek jogurtu naturalnego, np Joya
ćwierć cebuli czosnkowej (lub mniej, jak ktoś nie lubi)
łyżka sproszkowanych wodorostów nori ( do kupienia w sklepie ze zdrową żywnością, w markecie nie widziałam)
szczypiorek, ilości dowolne
sól, pieprz oraz prażona cebula dla tych, co nie chcą, żeby było za zdrowo


Pomidory drobno siekamy, na pulpę. Szczypiorek oraz cebulę siekamy w drobne kawałeczki i mieszamy z pomidorem i jogurtem, dodajemy nori i dużą szczyptę pieprzu oraz opcjonalną prażoną cebulkę, mieszamy i solimy do smaku. Zostawiamy chwilę, żeby się przegryzło, i jemy samo lub dopychając się tostami, jeżeli ma to stanowić samodzielny większy posiłek.

To jest dobre. Naprawdę dobre. Ja chcę lato.

tymczasowe więcej wiosny znajdziecie w sałatce wiosennej z następnego posta, który wrzucę jak tylko wygram z siecią bezprzewodową.

sobota, 27 lutego 2010

ciastka mogą być zdrowe:)

Czytałam ostatnio, i teraz zabijcie mnie ale nie wiem u kogo, bardzo słusznego posta na temat zdrowotnych właściwości marchewki dodawanej do ultrasłodkiego i ultratłustego ciasta. Autorka zakończyła konkluzją, że ciastka zdrowe po prostu być nie mogą - i tu mi nadepnęła na ambicję i w związku z tym na podstawie przepisuz Vegan Lunchbox Around the World stworzyłam absolutnie urocze mini ciasteczka, które w żadnym przypadku nie są niezdrowe: zawierają tylko 1,5 łyżki cukru na 50 sztuk, trochę niskosłodzonego dżemu i najmniejszą ilość margaryny jaką dało się tam wpakować, a do tego jeszcze są na mące graham i wcale im to nie przeszkadza.
I mają orzechy! Więc zamiast suchego tosta z masłem możecie teraz zamoczyć w porannej kawie śliczne małe ciasteczka, które na dodatek robią się prawie same i długo wytrzymują w pojemniku na ciacha. Czego jeszcze chcieć?




Miniaturowe kulki śniadaniowe

Ostrzeżenie: nie lubię słodkiego dżemu; właściwie w ogóle dżemu nie lubię, więc wydawało mi się, że zwiększając ilość tegoż kosztem margaryny przesłodzę ciastka i zrobiłam je na mojej ulubionej marmoladzie z gorzkich pomarańczy. W tej sposób ciastka są słodko-wytrawne i rozpuszczają się w ustach, prawie jak batoniki. Możecie zrobić je na innym dżemie, ale będą wtedy słodsze, natomiast wywalania z tego tytułu cukru nie polecam, bo coś musi się w tym cieście skarmelizować żeby się trzymało razem, prawda?

żeby zrobić 50 mini ciasteczek trzeba tylko:

pół kostki margaryny, miękkiej
8 łyżek od serca niskosłodzonego dżemu z gorzkich pomarańczy lub kwaśnego
1,5 łyżki cukru - użyłam grubego trzcinowego
2 szklanki mąki graham
5 łyżek dowolnych mielonych orzechów, najbardziej lubię migdały - można pominąć, kiedyś zapomniałam dodać i i tak wyszły. Mak i sezam też się chyba nadadzą.


Margarynę ucieramy z cukrem i dżemem na jednolitą masę, dodajemy resztę i zagniatamy kulę ciasta - jeżeli jest za suche możesz dodać trochę mleka lub więcej dżemu, jeżeli lepi się do palców, wgnieć więcej mąki. Przetnij kulę na pół, każdą połowę na 5 i z każdej części zrób 5 małych kulek. Połóż je na wysmarowanej blasze i piecz 20 minut w 180 stopniach - kulki troszkę osiądą, ale nie powinny się rozpłynąć, przy wyjmowaniu będą nadal miękkie ale powinny być suche w środku. Daj im 10 minut na stwardnięcie i wcinaj:)


Jak to nie jest zdrowy przepis to ja sama już nic nie wiem.

niedziela, 21 lutego 2010

Top 10

Koleżanka ostatnio poprosiła mnie o wskazanie ulubionego śniadania (może gofry? może koktajle bananowe? może sojecznica?) i w ten sposób narodził się pomysł na ten post. wybór nie był wcale łatwy - myślałam, że nie znajdę więcej niż 5 rzeczy, a okazało się, że właściwie mogłabym skomponować miesięczny zestaw najbardziej ulubionych śniadań z których żadne by się nie powtarzało - i nie mam na myśli 10 różnych sałatek, nie powtarzałyby się RODZAJE dań. Z bólem serca spowodowanym wartościowaniem rzeczy dobrych wybrałam 10 najbardziej-najbardziej ulubionych śniadań, czyli to co jem w dni, kiedy nie ma postów, co oznacza, że jakieś śniadanie się powtarza:



1) Po hiszpańsku - kawa, sok pomarańczowy i chleb z oliwą i z pomidorem. Tu nie ma żadnej filozofii, a bardzo często je jem - latem, kiedy jest zbyt goraco, żeby wyjść z domu, jesienią, kiedy jest cieplej niż w sierpniu, zimą, kiedy słońca nie ma, wiosną, kiedy nie mam już siły - po prostu rozgniecione pomidory, świeże, z puszki albo przecierowe, zależy od pory roku (nie uznaję bladych pomidorów) na chlebie z mocno pachnącą oliwą, mocna kawa i dobry sok. Nigdy nie opisywałam, z wyjątkiem jednego postu napisanego w Hiszpanii, gdzie żywiłam się tak na okragło: Hiszpania nie jest krajem wegańsko przyjaznym i to była jedyna dostępna opcja w pensjonacie:)



2) gofry - uwielbiam. Czy to klasyczne, na słodko lub słono, chrupiące z kaszką kukurydzianą jako dodatkiem i takie kompletnie bez mąki. Na słodko w wersji straciatella albo puchate z piwem, na słono - czekoladowo-ostre gofry meksykańskie albo słone oliwkowe. Wszystkie są dobre, z dodatkami lub bez, zamiast chleba, zamiast ciastek, mają jedną wadę - nie da się ich nigdzie zabrać, bo dośc szybko nabierają wilgoci. Lukę po gofrach w drugich śniadaniach na wynos wypełniają za to znakomicie:



3) Naleśniki. Pierwsze podejście do wegańskich było całkiem udane, a potem już tylko lepiej. Nalesniki rozumiane po polsku, jako cienkie opakowanie do slodkiego lub słonego farszu, np. z pieczonymi jabłkami wymagają nieco więcej umiejętności niz grube placki amerykańskie, za to przyniesione do pracy czy na zajęcia wzbudzają powszechną zawiść, falę ochów i achów i dodają +20 do zajebistości. W grube, np owsiano-jogurtowe, też można coś zawinąć, za to wpół śpiąc i z jednym okiem otwartym da się zrobić takie na przykład jagodowe pancakes Moby'ego albo, żeby się nie przesłodzić - słone z mąki razowej.



4)Tosty z awokado. Jestem po prostu zakochana - i pomyśleć, że półtora roku temu nie lubiłam awokado! Przy każdej możliwej okazji (czytaj: wyprzedaży) biorę widelec i zamieniam je w grillowane kanapki w wersji classic, albo z kremem cheddar, albo na przykład z pomidorem. Kocham.



5) Treściwa sałatka. Tak naprawdę pierwsza zdrowa propozycja w zestawieniu:) Sałatką mozna się zapchać z rozkoszą z ryżu i soczewicy, można pochrupać sałatę z oliwkami albo sałatkę garam z soją, wynagrodzić się po ćwiczeniach bobem i seitanem czy cieciorką i truskawkami, ale najlepsze z moich ostatnich odkryć to panzanella - sałatka z dodatkiem chrupiących grzanek ze starego chleba, z odpowiednimi skladnikami - np z bobem - albo po odkryciu jedynego słusznego sosu do sałatek - imbirowego miso - zamienia się w coś, co robimy w największej misce w domu i wstawiamy do lodówki, zeby żywić się nią cały dzień. Można tez poczęstować gości, ale trzeba ich wcześniej nakarmić, bo inaczej zeźrą całą, a potem nie ruszą się z miejsca przez parę godzin, nie przestając wyrażać na głos zdziwienia możliwością wypełnienia żołądka przez produkty roślinne.



6) Sałatka owocowa. Najlepsza rzecz na lato, kiedy mamy dostęp do świeżych owoców, ale z puszkowanych albo dobrze przechowywujących się też jest dobra. W moim wydaniu składa się zazwyczaj z sanych owoców, np z mango i śliwek, może być słodka lub kwaśna, ewentualnie z cynamonem, ale po prostu nie dzierżę sosów w sałatkach owocowych. można za to dodać skladniki nieowocowe, i wtedy wyjdzie nam pyszna salatka owocowo-serowa (tu druga wersja).



7) sojecznica - najlepszy sposób na jedzeniu tofu na świecie. Udaje w formie i czasami w zapachu jajecznicę, ale ma - wg mnie, ale ja nigdy nie lubiłam mokrej jajecznicy - więcej opcji dodatkowych. Można jeść zwykłą , mozna z papryką i kukurydzą lub z innymi warzywami, można połączyć ją z pesto albo poeksperymentować z konsystencją i stworzyć kremowe tofu (tu uwaga - wywalenie smietanki kokosowej powoduje absolutne zniszczenie przepisu. Śmietanka musi być).



8) Ciastka! Uwielbiam jeśc ciastka na śniadanie, maczane w czym popadnie. Mogą to być babeczki albo biscotti do kawy, mogą być scones z dobrą herbatą, można maczać bułeczki z rodzynkami w gorącej czekoladzie i napchać się niemiłosiernie, albo zjeść ciasteczka miodowo-owsiane i pocieszać sie, że to prawie jak owsianka, tylko pieczona i ładniejsza.



9) Domowe pieczywo maści wszelakiej, byle ładnie pachniało; mogą być bułki, ale nie takie jak z piekarni, tylko przedziwne bułki curry o smaku nie wiadomo skąd orzechowym, albo prowokujące sąsiadów do pożyczenia tarki bułki z rozmarynem i suszonymi pomidorami , a moga być nietypowe szczypiorkowe kółeczka czy słone scones - trójkąty pomidorowe. Trudno je faktycznie zrobić rano, jeżeli nie jest sie mrówką wyrobnicą, za to mozna zabrac do pracy i częstować z triumfem ludzi odwijających pod biurkiem kanapki z tłustym serem i obślizgłą szynką.


10) zimna pizza :) Absolutnie najlepsze śniadanie poimprezowe świata (no może z wyjątkiem piwnych gofrów). Wymaga dużych ilości pikantnego keczupu. Z jakiegoś powodu nigdy tutaj nie zawitało, ale może to i lepiej, bo niektórzy nadal mają złudzenia, że ja się zdrowo odżywiam:)

wtorek, 16 lutego 2010

talerz biscotti

zastanawiałam się, jakie by tu zrobić ciastka w walentynki, i padło na 4 rodzaje biscotti z Vegan Cookies Invade Your Cookie Jar - z powodu braku pewnych składników stanęło na trzech plus ciastka kruche, które nie dotrwały do śniadania:)


Szczęśliwi wybrańcy to klasyczne biscotti z makiem, które zapowiadały się najlepiej, ale zdobyły miejsce trzecie w konkursie smaku, ponieważ wyszły nieco oleiste i bardzo słodkie. Miejsce drugie zdobyły imbirowe (te na samej górze), nieco suche (moja wina), ale bardzo dobrze trzymające się w słoju ciastkowym, o wyraźnym smaku kandyzowanego imbiru,a mimo to zupełnie nie piernikowe. Pierwsze miejsce zdobyły biscotti z zieloną herbatą i orzechami włoskimi aka ciasto z Marsa - te zielonkawe, pokruszone w środku - podpieczone orzechy i lekko kruszące się ciasto o herbacianym posmaku... poezja. Zostały zjedzone tuż po upieczeniu i stąd marne resztki na śniadaniu:) Tajemnicą pozostaje dlaczego ciacha bazujące na dokładnie tych samych składnikach i pochodzace z tej samej książki miały zupełnie różną strukturę i czas pieczenia. Hmm.


Kupiłam w Ikei śliczne miniaturowe szklane miseczki (były jeszcze metalowe, 20x fajniejsze, niestety do niczego mi nie pasują...) i nie miałam pomysłu, do czego można by ich użyć, a tu proszę - idealne do kwaskowatej konfitury w której maczamy kruszące się ciacha. Popijamy gorzką herbatą lub kawą. Idealne śniadanie przed komputer :)

poniedziałek, 15 lutego 2010

Niespodzianka! gofry. z piwa.

To są któreś gofry pod rząd, z czego można słusznie wywnioskować, że bardzo je lubię. Przepis jest bardzo prosty i wymaga samotnej butelki piwa pozostałej po domowej imprezie. Piwo musi być jasne, i tyle z wymagań.

butelka jasnego piwa
1,5 szklanki mąki
pół szklanki brązowego cukru
5 łyżek oleju
2 łyżki melasy
2 łyżki mąki z cieciorki
łyżeczka proszku do pieczenia

Wszystko mieszamy dolewając piwo powoli (żeby się nie spieniło i żeby nie było glutów - a będzie się pienić mocno, bo jest proszek) i roztrzepując trzepaczką aż do otrzymania gofrociastowej konsystencji. Potem odstawiamy na 15 minut, i to jest bardzo ważne, bo w tym czasie dochodzi do jakichś tajemniczych procesów skutkujących najbardziej puchatymi wegańskimi goframi jakie jadłam. Smażymy, jak zwykle, w natłuszczonej gofrownicy.


Pamiętałam, że gdzieś miałam przepis na piwne gofry, ale jedyny,który znalazłam, był z Vegan Brunch - na czekoladowe gofry z porterem - i z braku mniej więcej połowy składników nie został zrealizowany, więc możemy to uznać za całkiem oryginalne dzieło.


Przy okazji: jeżeli używacie kotów jako termofory - a ponieważ badania udowadniają że wszystkie kuchenne blogerki mają koty - i koty nie chcą na was siedzieć, to u mnie skutkuje M.I.A. : kicia siada na kolanie i kołysze się do rytmu. Albo siada, bo ja dla odmiany siedzę spokojnie słuchając... w każdym razie działa.

środa, 10 lutego 2010

Meksykańskie gofry

Ostatnio ciągle robię gofry (i jakoś nie przyszło mi do głowy ich dokumentować...), w większości na słodko, ale czasami mam ochotę zjeść gofra do sałatki, i tak było tym razem. Postanowiłam zaszaleć i zrobić niesłodkie, pół-kukurydziane gofry o smaku czekolady z chili - papryki nie było czuć niestety, ale całość zdecydowanie polecam:)


szklanka mąki
pół szklanki kaszki kukurydzianej
pół szklanki mleka sojowego
3 łyżki oleju
czubata łyżka gorzkiego kakao do pieczenia
łyżka melasy
łyżka mąki z cieciorki
pół łyżeczki proszku do pieczenia (nie jest niezbędny)
łyżeczka chili lub ostrej papryki
łyżeczka słodkiej lub wędzonej papryki
szczypta soli
woda


Przepis jest bardzo prosty - wsypujemy do miski wszystkie suche składniki, dodajemy mleko, olej i melasę, mieszamy i powoli dolewamy wodę to uzyskanie konsystencji gęstego, gładkiego ciasta. Smażymy w gofrownicy którą nacieramy w środku olejem, bo wegańskie gofry nie mają niestety funkcji autoodczepiania i trzeba im pomóc.


Tutaj śniadanie w całej okazałości: chrupiąca sałatka z meksykańskim dodatkiem papryki i awokado (zamiast tofu), kremowa sojecznica z dodatkiem mojego ulubionego porduktu seropodobnego, czyli mortadeli ;) , żurawina i gofry; do picia duży dzbanek Masala Chai (bardzo skuteczny środek ogrzewający).

wtorek, 9 lutego 2010

Pyszne scones do herbaty

Kruche z zewnątrz, rozpływające się w ustach w środku, słodkie, śmietankowe, pełne rodzynek, nieforemne i pachnące ciacha do śniadaniowej herbaty - scones. Koleżanka smarowała je dżemem, ja wolę z dodatkiem owoców albo same, maczane w ciepłej herbacie. Byłyby pyszne z czekoladą, gdybym znalazła zadowalającą wegańską gorącą czekoladę. Uzależniłam się od nich całkowicie - w ciągu 3 tygodni robiłam je 4 razy.

Przepis pochodzi z "Vegan Lunch Box around the world" autorstwa Jenniffer McCann.



1/4 szklanki wege śmietany (można spokojnie zastąpić jogurtem albo tłustym mlekiem kokosowym, takie też robiłam)
pół łyżki startej skórki pomarańczowej
1/4 szklanki świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy
1,25 szklanki mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki soli
3 łyżki cukru
3 łyżki zimnej margaryny
1/4 szklanki suszonych owoców lub rodzynek (ja zawsze robię z rodzynkami)

Rozgrzac piekarnik do 220 stopni. Wymieszać śmietanę z sokiem i skórką i odstawić na chwilę. W misce wymieszać mąkę, proszek, sól i cukier, dodać posiekaną margarynę i zganieść jak na kruszonkę. Dodać śmietanę oraz rodzynki (czy inne ustrojstwo) i zagnieść dużą kulę.

Uwaga: ciacha są tak dobre, że zaraz znikają, więc prawdopodobnie po pierwszej próbie postanowisz zrobić dwa razy więcej. Nie ma problemu z zagnieceniem ciasta z dwukrotnie większej ilości składników, ale nie baw się w wycinanie, bo cienkie sconesy są niedobre: zrób po prostu dwie kule i dalej trzymaj się przepisu:

Kulę przenieść na deskę, rozpłaszczyć do grubości sklepowego spodu do pizzy (2-3 cm) i pokroić na 12 kawałków - tak, jakbyście rysowali zegar na cieście. Każdy kawałek ostrożnie - szpatułką) przenieść na rozgrzaną blachę, posypać cukrem z cynamonem i piec 10-12 minut, aż będą LEKKO złote; brązowawe i brązowe nie są już tak delikatne i szybko wysychają.


Przy okazji Vegan Lunchbox: autorka otworzyła fanstastyczną stronę dla osób, które lubią eksperymentować z gotowaniem, ale boją się coś zepsuć: Magical Loaf Studio. Wybierasz ulubione składniki a program podaje ci proporcje i przepis do stworzenia idealnej pieczeni. Autorka nie wypróbowała wszystkich kombinacji, ale skoro wybieracie swoje ulubione to chyba wiecie, jak będą razem smakować...

niedziela, 7 lutego 2010

Bułki curry

Moja współlokatorka śmiała się ze mnie, że przez mój odpędzający mrozy nałóg - oglądanie Czerwonego Karła - wpadłam w obsesję jedzenia curry. Prawda jest taka, że 1) bardzo lubię curry 2) znalazłam przy sprzątaniu szafek paczkę japońskiego curry, które lubię bardzo bardzo 3) z powodów finansowych zajęłam się zjadaniem suchych zapasów, na które składały się tony fasoli, soczewic, groszku itd, stara włoszczyzna, stare ziemniaki oraz 6 rodzajów curry... to co miałam gotować?

W każdym razie jako logiczna konsekwencja powyższego powstały bułki curry, żółte, obsypane sezamem, chrupiące i niezbyt słone, jedyne w swoim rodzaju:)



Ciasto, pomijając oczywiście dodatki, jest takie same jak przy bułkach z pomidorami i rozmarynem, ale ponieważ ja sama nie znoszę przerzucania się między 15 linkami w czasie gotowania to przekleję tutaj przerobiony już przepis, i tak będzie najwygodniej.

łyżeczka suchych drożdży
łyżka cukru (do nakarmienia drożdży)
1,25 szklanki ciepłej wody
1,5 szklanki mąki razowej
1,5 szklanki zwykłej mąki
2 łyżeczki soli
1,5 łyżki żółtej pasty curry
łyżka kurkumy
4 łyżki oleju słonecznikowego
opakowanie czarnego sezamu


W miseczce lub kubku wymieszaj do rozpuszczenia drożdże z cukrem i wodą. W dużej misce połącz mąki z solą i zrób w środku dołek, do którego wlejesz rozpuszczone drożdże. Wymieszaj masę aż powstanie ciasto i zagnieć je, aż będzie zwarte i sprężyste (może wymagać jeszcze trochę mąki). W kubku wymieszaj pastę curry, kurkumę i olej na jednolitą pastę, polej nią ciasto i dokładnie wgnieć - nie chcesz nie rozpuszczonej grudki pasty w środku bułki... Odłóż ciasto do miski na godzinę, postaw w ciepłym miejscu i przykryj ścierką, żeby dobrze wyrosło.


Wyjmij wyrośnięte ciasto na stolnicę i pokrój na 16 kawałków; z każdego zrób kulkę. Wysyp czarny sezam na talerzyk i obtaczaj każdą kulkę tak, żeby pokryła się sezamem ze wszystkich stron a następnie ułóż na natłuszczonej blasze i przykryj ponownie ścierką- muszą jeszcze trochę wyrosnąć, daj im pół godziny do godziny w ciepłym miejscu. Potem wstaw je do piekarnika nagrzanego na 180 stopni i piecz przez pół godziny. Możesz sprawdzić wykałaczką, czy ciasto już jest upieczone - wybierz jedną bułkę z przodu i jedną z tyłu blachy, bo piekarnik może nierówno piec. To nie będzie jednak konieczne, ponieważ bułki w fazie dojrzałości pachną na całą kuchnię a jeżeli po otwarciu piekarnika zobaczysz, że część z nich zaczęła z boku pękać, to na pewno są gotowe.


Ze względu na przyprawy, sytość i lekko orzechowy smak, te bułki są idealne z pastą warzywną, sałatką, pieczonymi warzywami itd.

Sałatka na zimę

Wreszcie znalazłam trochę czasu i energii na pouzupełnianie wpisów; w zeszłym tygodniu masowe gotowanie pochłonęło mnie tak, że zapomniałam o wpisywaniu:) Na początek moja ulubiona sałatka na chłodne dni; wobec sałatek zimowych mam inne wymagania niż w cieplejszych czasach. Sałatka ma mieć wyraźniejszy smak, być bardziej słona, w jasnych kolorach i zawierać więcej tłuszczów i skrobi niż normalnie. Z drugiej strony świeże warzywa są bardziej potrzebne niż kiedykolwiek, ale staram się unikać sztucznych, bezsmakowych - wyjątkiem jest sałata, która jest tak samo papierowa przez cały rok i przez to nie wydaje się oszukana zimą...

Więc to przepis na idealną zimową sałatkę dla mnie: chrupiące warzywa, intensywne w smaku warzywa, kosteczki smażonego tofu i chrupiący chleb jako składnik, nie dodatek, a wszystko polane słonym, aromatycznym, pełnym zdrowych kalorii sosem:



2 garście dowolnej sałaty/sałat lub warzyw liściastych: takie, jakie lubicie, z przewagą chrupiących
1/3 kostki tofu
do tofu: oliwa i, opcjonalnie: biały pieprz/curry/wędzona papryka/przyprawa do mięsa...
szklanka pomidorów konserwowych: ze słoika lub z puszki lub świeże, jak kto lubi
2 kromki chleba tostowego
opcjonalnie: oliwki lub marynowane cebulki lub pieczony czosnek lub mini kolby kukurydzy...


Tofu kroimy na drobną kostkę. Rozgrzewamy patelnię i smażymy kostki na oliwie, aż będą złote. Jeżeli chcemy mieć smakowe tofu dodajemy przyprawy do rozgrzewającej się oliwy na początku smażenia i smażymy aż pokryje się chrupiącą skórką. Odstawiamy do ostygnięcia.

Myjemy sałatę i robimy tosty z chleba. Kroimy je ja kwadratowe grzanki i pozwalamy ostygnąć. Pomidory i dodatkowe warzywa kroimy na małe kawałki. Wszystko mieszamy i polewamy sosem:


łyżka pasty miso
3 łyżki oliwy
2 łyżki octu jabłkowego lub innego łagodnego
6 łyżek ciepłej wody
łyżeczka cukru
łyżeczka siekanego imbiru

Mieszamy wszystkie składniki i odstawiamy do przegryzienia na czas robienia sałatki. Mieszamy tuż przed podaniem; grzanki powinny być wrzucone do sałatki na samym końcu, żeby się nie rozmokły.

Koniecznie spróbujcie a dopiero potem powiedzcie "łeee, przepis na sałatkę" ;)

piątek, 29 stycznia 2010

zabawa w chowanego i opowieść o skutkach zdrady

Wchodzisz do pokoju, patrzysz kontrolnie na zawartość, i leży sobie spokojnie. Kiedy wstajesz, ścielisz łóżko, przeglądasz papiery - leży. Kiedy odłączasz myszkę i szukasz ładowarki, zawsze jest w zasięgu wzroku. A kiedy jest potrzebny - znika. Specjalnie go nigdzie nie wkładasz, bo leży zawsze na wierzchu, z wyjątkiem tych przypadków, kiedy nie leży, bo właśnie go szukasz. Od miesiąca bawię się z bluetoothem w chowanego i na razie wygrywa, ale nie poddaję się. W końcu znajduję i wgrywam zdjęcia, a potem znowu go gubię na tydzień.

Spomiędzy wartych wspomnienia śniadań z tego tygodnia (czyli odliczając odgrzewane lub zimne resztki z obiadokolacji) wyciągam przepyszne babeczki waniliowe, przez przypadek zamienione w migdałowe, bo pomyliły mi się aromaty. Przepis jest praktycznie ten sam co przy babeczkach kawowych (wyjąwszy kawę), więc nie będę go tu podawać, pokażę tylko jak mi babeczki wyrosły. A pokażę, bo dosięgła mnie klątwa: w zeszłą sobotę miałam piec tort dla mojej współlokatorki i zdecydowałam, że będzie owocowy na biszkopcie. Miałam dwa przepisy do wyboru: albo z książki (z litości nie wymienię, bo polska) , z przepisu na tort truskawkowy, albo sprawdzony przepis tegoż ciasta do babeczek, wylanego do tortownicy. Pomyślałam sobie "nie, ciasto od babeczek pewnie nie wyrośnie tak fajnie" i zrobiłam ten z książki. Nie wyrósł wcale, mam wręcz wrażenie, że wklęsł. A babeczki zrobiłam 3 dni później i wyrosły wspaniale. Już nigdy nie zdradzę Isy Moskovitz.



Przy okazji: ktoś napisał, już nie wiem kto, że wyszła po polsku "Wegańska bogini od kuchni" i że nie warto, więc zajrzałam. Jezu, co za szajs. Nie kupujcie nawet na przecenie. Same imitacje jedzenia. Czytajcie blogi, my gotujemy lepiej.

piątek, 22 stycznia 2010

Racuchy jogurtowe z melasą i migdałami

Styczeń zostaje nieodwołalnie miesiącem wariacji na temat naleśników: dziś na śniadanie nie było dużych naleśników tylko małe, pachnące karmelem placuszki, polane skondensowanym mlekiem kokosowym. Pycha.

Poczułam się do autorskiej odpowiedzialności i zmierzyłam ilość składników przed jedzeniem! Niesamowite. Niedługo zacznę sprzątać kuchnię, żeby nie było paprochów na zdjęciach.


1 kubek jogurtu naturalnego, np Joya
2 łyżki gęstej melasy (może być trochę więcej, melasę akurat trudno zmierzyć...) - ja użyłam ciemnej buraczanej
pół szklanki wody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
dowolna, zgodnie z nastrojem, ilość zmielonych migdałów lub innych orzechów
pół szklanki białej mąki
1/3 szklanki mąki razowej
2 łyżki oliwy/oleju

Pierwsze trzy składniki mieszamy w misce aż się połączą, dodajemy proszek do pieczenia i orzechy i zaczynamy roztrzepywać masę widelcem albo małą trzepaczką. Powoli dosypujemy mąki, tworząc gęste ciasto, jak na muffinki, ale dobrze wymieszane. Odstawiamy na 5 minut. Dolewamy trochę oleju do ciasta, które w międzyczasie jeszcze zgęstniało tak, żeby dobrze się nabierało i wykładamy po kopiastej łyżce na gorącą patelnię, lekko rozsmarowywując ciasto żeby racuchy nie były za grube. Smażymy z obu stron aż się zezłocą i podajemy gorące, polane dowolnym gęstym i słodkim syropem.

Podejrzewam, że z tego ciasta dałoby się też zrobić niezłe, karmelowe muffinki, ale nie dam za to głowy - w każdym razie wtedy trzeba by podwoić przepis. Smacznego!

czwartek, 21 stycznia 2010

Nie tak zdrowe naleśniki żurawinowe

Wybrałam się do sklepu po zwykłą mąkę, więc nie muszę już robić naleśników na razowej, co się dobrze składa, gdyż moja siostra zażądała słodkich, a słodkich razowych sobie nie wyobrażam... Wysłałam dziecko po dżem do sklepu (gdyż dżem, podobnie jak chleb, należy do tych dóbr luksusowych których zazwyczaj w domu nie mam) i, korzystając z nowo odkrytej metody zastępowania jajka mąką z cieciorki zaczęłam gotowanie:

szklanka mleka sojowego
łyżka mąki z cieciorki
trochę gorącej wody - 2,3 łyżki
2-3 łyżki cukru
garść suszonej żurawiny
mąka


Siekamy drobniutko żurawinę. W dużej misce roztrzepujemy mąkę z cieciorki z gorącą wodą aż powstanie emulsja bez grudek. Dolewamy mleko, wrzucamy cukier i żurawinę i mieszając dosypujemy mąkę do pożądanej konsystencji - ciasto powinno być ciut gęstsze niż zazwyczaj, żeby żurawina się utrzymała. Odstawiamy na 5 minut, rozgrzewamy patelnię i smażymy cienkie naleśniki uważając, żeby ich nie spalić - ja na przykład znowu odruchowo włączyłam palnik na maksa i to był błąd.


Jemy z dżemem, chociaż same w sobie też były dobre.

piątek, 15 stycznia 2010

Zdrowe naleśniki z mąki razowej

Na początku małe wyjaśnienie tytułu: otóż weganizm, powstały w Stanach w latach 40, zrobił się bardziej popularny za czasów hipisów, głównie tych żyjących w komunach po lasach. Ci hipisi mieli absolutnego fioła na punkcie przetworzonych składników i wszystko robili z jak najbardziej naturalnych składników w jak najmniejszych ilościach połączeń: jeżeli obiad, to lekko przyprawione gotowane warzywa, jeżeli ciasto, to z pełnej mąki z otrębami i słodzone sokiem jabłkowym... w rezultacie wszystkie komercyjnie pojawiające się produkty wegańskie przez dłuższy czas były (tak w skrócie) szarawe, mdłe w smaku i trudne do strawienia przez przeciętnego człowieka - i wszystkie były oznaczone na etykietce jako "zdrowe". W ten sposób w Ameryce ukuło się takie skojarzenie, że produkty "zdrowe" (w cudzysłowiu, nie mówimy tu o normalnym użyciu tego słowa) mają kolor błocka, stają otrębami w gardle a w smaku są nieco bardziej aromatyczne od piachu. Poniższe naleśniki są właśnie "zdrowe". I są dobre. Mówię to ja, jak ognia unikająca pełnoziarnistej mąki.

Tak naprawdę zrobiłam je, bo cała biała mąka mi wyszła do ciastek. Ale są dobre, słowo.



szklanka wody
łyżka mąki z cieciorki - besan
duża szczypta kurkumy
łyżka sosu sojowego
trudna do określenia ilość grubej mąki razowej - między szklanką a dwoma


Potrzebne nam pół szklanki ciepłej, prawie gorącej wody, którą wlewamy do miski na ciasto na mąkę z cieciorki. Bierzemy trzepaczkę lub widelec i utrzepujemy aż powstanie pienista masa przypominające roztrzepane jajko.

Dodajemy resztę wody - zimnej! - razem z kurkumą i sosem sojowym i powoli roztrzepując zaczynamy dodawać mąkę aż ciasto osiągnie gęstość ciasta naleśnikowego. Zastanawiałam się przy tym jak to opisać osobie, która nigdy ciasta naleśnikowego nie widziała - to jedna z tych rzeczy (tak jak ciasto biszkoptowe czy drożdżowe) które po prostu trzeba widzieć, żeby je umieć zrobić... no bo jaka to jest konsystencja? sosu pieczeniowego? jogurtu? śmietany?

W każdym razie otrzymane ciasto wylewamy porcjami na rozgrzaną patelnię i smażymy grube małe naleśniki, a la amerykańskie.


Moje zjadłam z resztką serka z nerkowców który zrobiłam do bułeczek. Bułeczki skończyły się szybko, czym jestem niepocieszona. W ramach żałoby upiekłam stos ciastek z melasą.

sobota, 9 stycznia 2010

Bułki z rozmarynem i suszonymi pomidorami



Sobota to jest taki dzień, kiedy ogarnia mnie ochota na gotowanie, postanowiłam więc wrócić do pieczenia bułek, tym razem w wersji słonej, z dodatkiem suszonych pomidorów i suszonego rozmarynu. Ponieważ lepsze jest wrogiem dobrego, przepis jest taki sam, zmieniają się tylko szczegóły:



łyżeczka suchych drożdży
łyżka cukru (do nakarmienia drożdży)
1,25 szklanki ciepłej wody (można tez użyć mleka)
1,5 szklanki mąki razowej
1,5 szklanki zwykłej mąki
2 łyżeczki soli
1/3 szklanki suszonych pomidorów
opakowanie suszonego rozmarynu
2-3 łyżki oliwy (może być od pomidorów, jeżeli były w oliwie)


Jeżeli używasz pomidorów w oleju, odsącz je na papierowej ściereczce. Jeżeli używasz suchych, namocz je w gorącej wodzie, żeby lepiej się kroiły.

W miseczce lub kubku wymieszaj do rozpuszczenia drożdże z cukrem i wodą. W dużej misce połącz mąki z solą i zrób w środku dołek, do którego wlejesz rozpuszczone drożdże. Wymieszaj masę aż powstanie ciasto i zagnieć je, aż będzie zwarte i sprężyste (może wymagać jeszcze trochę mąki). Odłóż ciasto do miski na godzinę, postaw w ciepłym miejscu i przykryj ścierką, żeby dobrze wyrosło.

Posiekaj drobno namoczone/odtłuszczone pomidory. Wyjmij ciasto z miski i wgnieć w nie pomidory, rozmaryn i oliwę, aż będą równomiernie rozmieszczone. Pokrój ciasto na 16 kawałków:



i z każdego zrób kulkę. Ułóż kulki na natłuszczonej blasze i przykryj ponownie ścierką- muszą jeszcze trochę wyrosnąć, daj im pół godziny do godziny w ciepłym miejscu. Potem wstaw je do piekarnika nagrzanego na 180 stopni i piecz przez pół godziny. Możesz sprawdzić wykałaczką, czy ciasto już jest upieczone - wybierz jedną bułkę z przodu i jedną z tyłu blachy, bo piekarnik może nierówno piec. To nie będzie jednak konieczne, ponieważ bułki w fazie dojrzałości pachną na całą kuchnię a jeżeli po otwarciu piekarnika zobaczysz, że część z nich zaczęła z boku pękać, to na pewno są gotowe.




To są idealne bułki do posmarowania ich masłem, którego jednak nie jem, więc możliwymi opcjami pozostają:
- zjedzenie ich na sucho do kawy bo i tak są dobre
- rozgniecione awokado z solą i pieprzem
- trochę oliwy
- zrobić z nich normalne kanapki z obkładem (profanacja)
- odrobina pesto: zwykłego, szpinakowego, miętowego, pokrzywowego...
- jakiś domowy serek wege, np krem cheddar albo z nerkowców albo migdałowy...

Macie jeszcze jakieś pomysły?


Jak ktoś ostatnio zauważył, na blogach panuje niesamowita moda na domowe pieczywo, a ponieważ mnie to nigdy nie interesowało zaczęłam się zastanawiać: może ja, programowo robiąca odwrotnie, uległam w końcu jakiejś modzie? Robiąc bułki rozwiązałam jednak zagadkę i to na własną korzyść; żadna moda. Po prostu lubię zagniatać ciasto. Plus, domowe bułeczki są śliczne i słodziutkie jak małe kotki i wszystkie osoby, które się nimi zachwycają, mają absolutną rację.

P.S. Zresztą lepiej ulec modzie na pieczenie chleba niż modzie na Zmierzch... brr

środa, 6 stycznia 2010

Pieczony tempeh do kanapek

Jak napisałam w poprzednim poście, miałam pewne problemy z komórką, ale w końcu udało mi się wydobyć zdjęcia:)

Pieczone tempeh powstało na potrzeby obiadu, ale że było go stanowczo za dużo, zostawiłam trochę do kanapek na śniadanie i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Bardzo je lubię, ale ciągle jem po prostu krojone i ewentualnie podgrzane, a że na obiad miałam tam wyszukaną potrawę jak frytki postanowiłam trochę się postarać i wraz z nimi upiec też tempeh. Po przeczytaniu iluś przepisów w internecie doszłam do kompilacji smaków, która wydawała się najsmaczniejsza dla mnie - oto przepis:



1 paczka smażonego tempeh (lub 100g świeżego, jeżeli ktoś ma)
pół szklanki przecieru pomidorowego
2 łyżki ciemnego sosu sojowego
szklanka wody

W naczyniu żaroodpornym mieszamy przecier i sos, dolewamy pół szklanki wody. Tempeh kroimy na plastry i układamy na dnie naczynia. Dolewamy tyle wody, żeby sos przykrywał tempeh na ok 0,5 cm. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego na 250 stopni na pół godziny - tempeh jest gotowy gdy cały sos wyparuje i zostawi gęstą warstwę na jedzeniu.

Jemy ciepły lub wstawiamy do lodówki na kilka godzin - przegryzie się i będzie jeszcze smaczniejszy. Jemy na kanapkach, jak plastry pieczeni.


Szukając przepisu na tempeh trafiłam na fajny fiński blog z ciekawymi przepisami, i część z nich zamierzam zrobić w najbliższym czasie:

Ciasto truskawkowe - śliczne i różowe, jak można takiego nie chcieć?
Ciasto migdałowe
Babeczki kiwi - popatrzcie na to zdjęcie i powiedzcie, że nie macie ochoty na słodycze.
Ciasto daktylowe - jako że zawiera świeże daktyle mogę go nie zrobić tak szybko, ale wygląda pysznie.
Mleko sojowe z przyprawami - idealne na zimny dzień.
W związku z moim postanowieniem pralinkowym: słodkie marmoladki, krówki mocha , chokladbollar oraz z innej beczki (bloga) - rachatłukum, które uwielbiam
krem z nerkowców z tego przepisu i nadzienie do tartaletek z tego
dwa rodzaje klopsików idealne na drugie śniadanie na wynos: lwie głowy oraz tofuklopsy
marchewki duszone w winie - uwielbiam duszone marchewki
Sezamowo-fasolowe krokiety
Farinata w ramach pieczywa na rano
Czekoladowe ciasta - kwadratowe, pijane i dekadenckie
prześliczne czekomorelowe babeczki i czekoladowe ciastka z czerwonym winem - kto by ich nie zrobił?
ciacho kawowo-cynamonowe (czy widać po tej liście, że brakuje mi świątecznej nadwyżki cukru?)
migdałowe zawijańce

Żeby nie było, że to jakaś reklama innego bloga, na innych też znalazłam ciekawe przepisy - tylko że je czytam regularnie, więc nie uzbierały się w takiej ilości:

Podwójnie zielona zupa na szare dni
coś, co może być ciekawe, czyli krem z cieciorki z miętą
sos grzybowy na nerkowcach, zapowiada się ciekawie
Interesujący przepis na makaron z orzechami
na moją miłość do awokado - Muffaletta
Batoniki figowe które miałam właściwie robić po świętach, ale powstrzymał mnie absolutny brak płatków owsianych w sklepach. Bardzo dziwne.
śmieszne ciacha które wołają do mnie "zweganizuj nas!"

miłego czytania ;)

Awokado na śniadanie x2,5

Wygląda na to, że wszyscy poza mną wrócili już po świętach i sylwestrze do regularnego zamieszczania postów... czas więc się zebrać i też wrócić, co może być o tyle trudne, że posiałam gdzieś ładowarkę i nie mogę przegrać zdjęć:) Mogę bazować tylko na tych sprzed sylwestra, tak więc dzisiaj post na temat awokado w kanapkach i awokado w sałatkach, częściowo zilustrowany.

Nadeszła ta cudowna pora roku, kiedy awokado jest tanie, więc zjadam je praktycznie codziennie. Na święta kupiłam też zapas przecenionego salami sojowego (tego w plasterkach, a nie wędzonego okropieństwa) i tak oto zbudowałam piętrową kanapkę, z pełnoziarnistego chleba, musztardy, salami, pomidorów ze słoika, marynowanej cebuli, awokado posypanego pieprzem ziołowym i solą oraz sosu chili:



Bezchlebowym (i bardzo pysznym) pomysłem na śniadaniowe awokado jest dość egzotyczna sałatka, składająca się z pokrojonych w drobną kostkę:

1 awokado
1 średniego jabłka
2 dojrzałych kiwi
łyżki octu balsamicznego
łyżeczki soku z pomarańczy
szczypty brązowego cukru
szczypty pieprzu

Ocet, sok i przyprawy wymieszane do rozpuszczenia cukru dają nam pyszny sos, którym polewamy pokrojone owoce. Sałatka jest genialna: jabłka są chrupiące, awokado maślane, rozpływające się w ustach a kiwi słodkie i orzeźwiające - doskonała sałatka na porannego kopa. Zrobiłam jej też bardzo ładne zdjęcie:


Jako że dostałam się już do zdjęć, oto bonus w postaci awokado z ziołową sojecznicą i tostami:



Zostańcie przy odbiornikach, zaraz dojdzie drugi post o przepysznym pieczonym tempeh.
Ranking i toplista blogów i stron